Lee Child, autor thrillerów: kiedyś zabiję Jacka Reachera. Wywiad - Książki | Moje Quo Vadis

Lee Child, autor thrillerów: kiedyś zabiję Jacka Reachera. Wywiad – Książki

Insurekcja kościuszkowska powstanie. Rewolucja w Polsce 1794 – Historia
15 kwietnia 2018
Tomasz Lis: Wojciech Czuchnowski i Antoni Macierewicz. Felieton – Wstępniak
15 kwietnia 2018
Pokaż wszystko

Lee Child, autor thrillerów: kiedyś zabiję Jacka Reachera. Wywiad – Książki


– Wiedziałem, kim Jack Reacher nie będzie. Nie chciałem, żeby był kolejnym bohaterem, który sam sobie wyrządza krzywdę. Dysfunkcyjnym, rozwiedzionym, ponurym i zmęczonym facetem, który stanowczo za dużo pije i wciąż przeżywa dawne traumy. Taki pomysł był świetny jakiś czas temu. Ale gdy zaczynałem pisać, to takich bohaterów było zdecydowanie za dużo. Nie chciałem robić tego co wszyscy. A na dodatek im dłużej pisarze eksperymentowali z „bohaterem ze skazą”, tym bardziej słabą, wręcz żałosną postacią się stawał. Postanowiłem, że Reacher będzie inny. Zwłaszcza niezwykle silny…

Gdy widzi paru gotowych do bójki rzezimieszków, pyta ich: „Czemu jest was tak mało?”. Pokonanie ich zajmuje mu trzy sekundy. Może pięć.

– Ale jednocześnie jest niewiarygodnie bystry. Najpierw myślimy: „Co to za mięśniak?”. A potem okazuje się, że mózg też ma wielki. Reacher jest trochę dziwadłem natury – jak goryl, który maluje piękne obrazy (śmiech).

Zaczynam dzień od tradycyjnego „english breakfast”: cztery kawy i pięć marlboro.

No, i żyje poza światem konsumpcji. Nie ma domu, nie ma pracy, nie ma nawet torby na rzeczy. Kiedy brudzą mu się ubrania, wyrzuca je i kupuje następne. To jest zresztą jeden z głównych powodów, dla których ludzie go lubią. Nieraz słyszałem na spotkaniu z czytelnikami: „Boże, jak bardzo chciałbym żyć jak Reacher!”.

Przygody Reachera są jak western w przebraniu thrillera. Nagle pojawia się jeździec znikąd i zaczyna wymierzać sprawiedliwość.

– Wielu ludzi mi tak mówiło. Ale tak naprawdę to jest coś znacznie, znacznie starszego – nowa wersja bohatera ze skandynawskich sag czy średniowiecznej literatury anglosaskiej. Sir Lancelot zostaje wyrzucony z dworu – z jakiegoś niejasnego powodu, tak jak Reacher z wojska. I krąży po całym kraju, od miejsca do miejsca, szukając odkupienia za pomocą dobrych uczynków…

Jest w nim też niemało z sadysty. Ktoś napisał, że Lee Childowi udała się niezwykła sztuka: przebrać faceta zakochanego w przemocy w szaty wysłannika sprawiedliwości. I dzięki temu czytelnicy polubili tak podejrzaną postać?

– (śmiech) Coś w tym jest. Reacher chce pomagać zwykłym ludziom, ale jeszcze bardziej podoba mu się karanie tych, którym wydaje się, że mogą wszystko. Łapie za głowę generała, który kradł na potęgę, i tak mocno wali nią o biurko, że generał sześć miesięcy spędza w śpiączce. To też wzbudza sympatię czytelnika. Bo każdy z nas zna 10 osób, którym chętnie odstrzeliłby głowę, a potem nasikał na grób ich przodków. Nawet ja tak mam… (śmiech). Rozpocząłem tę serię, gdy wyrzucono mnie z pracy i musiałem z czegoś żyć. Te książki to była moja zemsta. Chciano mnie zniszczyć, ale moje życie stało się tylko lepsze. Każdy człowiek na ziemi ma podobne doświadczenia – momenty strachu, klęski czy upokorzenia.

Reacher uwielbia się bić. Pan podobno też bardzo lubił?

– Wychowałem się w angielskim Birmingham – bardzo twardym mieście. Bójki były wtedy czymś naturalnym – wszystkie kwestie sporne były rozstrzygane za ich pomocą. A ja biłem się doskonale, bo przez jakiś genetyczny zbieg okoliczności byłem bardzo dużym, wręcz gigantycznym chłopcem. W wieku 10 czy 11 lat byłem niemal równie wysoki co teraz – prawie dwa metry. Na swój wiek byłem gigantem, monstrum! Inne dzieciaki płaciły mi – ciastkami lub kieszonkowym – za ochronę. Nikt nie miał ze mną najmniejszych szans. Jak z Reacherem…

Każdy z nas zna 10 osób, którym chętnie odstrzeliłby głowę, a potem nasikał na grób ich przodków. Nawet ja tak mam.

Jest taka scena w „Jednym strzałem”, która stała się słynna, również dlatego, że otwiera film z Tomem Cruise’em. Reacher stoi przed barem, ma pięciu przeciwników. Ale wie, że będzie musiał pokonać tylko trzech, bo dwóch od razu ucieknie. To jest bójka, którą sam stoczyłem jako nastolatek.

To już na zawsze za panem.

– Ostatni raz biłem się chyba w 1998 roku, w czasie trasy promocyjnej „Uprowadzonego”. Zapuściłem się do najgorszej części miasta. I nagle pojawił się jakiś facet, który powiedział: „Dawaj forsę!”. Rozwaliłem mu nos, a potem zagroziłem: „Albo dasz forsę, albo złamię ci ręce”. Dał wszystko – było tego pięć dolarów. Oddałem je pierwszemu napotkanemu bezdomnemu.

Jo Nesbø powiedział mi kiedyś, że nigdy nie chciałby mieć takiego przyjaciela jak jego główny bohater Harry Hole. Są rzeczy, których pan naprawdę nie lubi w Reacherze?

– Problem polega raczej na tym, że Reacher jest pod wieloma względami do mnie podobny. A to bardzo niedobrze, gdy autor zaprzyjaźnia się ze swoim bohaterem, gdy go podziwia. Bez względu na to, czy to jest thriller, czy książka historyczna. Dlatego ja lubię Reachera tylko na tyle, na ile muszę. Staram się nie za bardzo do niego zbliżać. Zachować dystans.

Niedawno zagroził pan, że zabije Reachera. To prowokacja? Żeby podrażnić fanów?

– (śmiech). Nigdy nie zakładałem, że to będzie tak długo trwać. Najpierw sądziłem, że zatrzymam się po dwóch-trzech częściach. Potem myślałem: „Więcej niż 10 nie zdzierżę!”. Jak pan wie, ciągnąłem dalej. No, ale muszę kiedyś w końcu przejść na emeryturę. I coś trzeba zrobić z Reacherem. Nie może sobie po prostu kupić domu i psa. Nikt w to nie uwierzy. Teoretycznie mógłby zamieszkać z jakąś kobietą. Tyle że pociągają go wyłącznie inteligentne kobiety. Takie, które nie zechcą z nim żyć. No, i Reacher jest szlachetnym bohaterem rzucającym wyzwanie światu – a taki bohater zawsze w końcu ginie, to jest część jego losu. Dlatego pewnego dnia zabiję Reachera. Obiecuję tylko, że zrobię to w miarę delikatnie.

Podobno nigdy nie chciał pan być pisarzem…

– To prawda. Bardzo dużo czytałem w dzieciństwie. Moi rodzice pochodzili z niższej klasy średniej. Ojciec był urzędnikiem – chodził do pracy w garniturze, z parasolem, a nie w kombinezonie roboczym. Ale zarabiał tyle co robotnik. W naszym domu nie było zbyt wielu rozrywek. Brytyjska telewizja składała się wtedy z dwóch kanałów. I każda wizyta w bibliotece była dla mnie świętem. Ale nawet nie zastanawiałem się, kto pisze książki. Jak idioci, którzy nie wiedzą, że mleka nie produkuje się w fabryce, ja nie wiedziałem, że książki piszą pisarze (śmiech). Wielu pisarzy opowiada, że chciało pisać od szóstego czy siódmego roku życia. Harlan Coben wymyślił nawet taką zabawną historyjkę o facecie, który zaczął tworzyć, gdy był jeszcze płodem. Ja nie chciałem zostać pisarzem, nawet gdy miałem 40 lat…

Ale w końcu pan nim został.

– Wywalili mnie z pracy. Do dziś mam z tego powodu zadrę w duszy. Tak jak Reacher nie lubię być upokarzany ani bity. Przez lata pracowałem w Granada Television. To było naprawdę coś – perła brytyjskiego dziedzictwa narodowego. Wyprodukowaliśmy tysiące godzin znakomitych seriali. Zdobyliśmy z 400 nagród Emmy. Pamiętam, jak pierwszy raz przyszedłem do pracy i jadłem lunch z aktorami. Przy moim stole siedzieli Alec Guinness, Laurence Olivier i John Gielgud.

Aż nadeszły czasy Thatcher. Hasłem epoki stały się cięcia.

– Nowe kierownictwo uznało, że najlepszym sposobem na podniesienie wartości firmy jest zwolnienie kogo się tylko da. Zostałem związkowym mężem zaufania. Usłyszałem, że jeśli z tego nie zrezygnuję, wyrzucą mnie w ciągu paru tygodni. Wytrzymałem kilka lat. Prowadziłem wojnę podjazdową z nowym kierownictwem. Kiedy menedżerowie wychodzili do domu, sprzątacze przynosili mi wszystkie projekty dokumentów, które znaleźli w koszach. Grzebaliśmy w ich poczcie. Informatycy hakowali ich komputery. Albo wyjmowali twarde dyski i kopiowali całą ich zawartość. To była świetna zabawa. Ale w końcu pewnego dnia przyszedł list. Miałem 40 lat. I znalazłem się bez pracy…

I co pan wtedy zrobił?

– Byłem bez grosza. Mój irlandzki dziadek mawiał: „Wydawaj pieniądze tak szybko, jak się da. Bo potem ich zabraknie”. A ja się do tego zastosowałem.

Myślałem o tym, jaki zawód wymaga najmniejszej inwestycji, i doszedłem do wniosku, że zostanę pisarzem. Kupiłem trochę papieru, gumkę, ołówek i temperówkę. Wydałem łącznie 3 funty 99 pensów. Ołówek do dzisiaj wisi w moim pokoju – na honorowej tablicy.

Podobno gdy zostajesz pisarzem, szansa na sukces wynosi 1:10 tys. I trzeba bardzo długo na ten sukces czekać. Moje doświadczenie było zupełnie inne. Napisałem trzy rozdziały i wysłałem do agenta z dopiskiem, że to początek mojej pierwszej już napisanej powieści. Byłem przekonany, że skończę pisać, zanim agent się odezwie. Nie wiedziałem, że trafiłem na faceta, który miał w zwyczaju czytać nadesłane rzeczy tego samego dnia. Od razu się odezwał i poprosił o resztę. A ja nic nie miałem. Przez kolejne pięć tygodni okłamywałem go na potęgę i pracowałem jak szalony. Aż w końcu wysłałem. To był „Poziom śmierci” – pierwsza powieść z Reacherem.

Telewizja czegoś pana nauczyła?

– Bardzo wiele. Powieść i telewizja to oczywiście zupełnie inne formy. Ale w telewizji trzeba walczyć o miejsce; zawsze jest go za mało. To mnie nauczyło, że powinienem pisać tak krótkie zdania, jak się tylko da. To musi być proste, ale nie idiotyczne. Tak, by dotarło to do czytelnika, który nie jest zbyt wyrobiony. Ale żeby był też drugi poziom – żeby zadowoleni byli też ci, którzy oczekują więcej…

To jak z filmami animowanymi – są dla dzieci, ale rodzice też nie mogą się nudzić w kinie…

– Dokładnie. Telewizja nauczyła mnie też, jak zabiegać o publiczność. Jak zatrzymać czyjąś uwagę. Ludzki mózg jest tak skonstruowany, że domagamy się odpowiedzi na zadane pytania. I tak właśnie należy pisać thrillery – zadać pytanie na początku. I odpowiedzieć na nie na końcu.

Lubi pan szydzić z autorów książek „literackich”, mówiąc, że bez najmniejszego problemu napisałby książkę w stylu Martina Amisa czy Iana McEwana, gdy oni nigdy nie napisaliby dobrego thrillera. Naprawdę pan w to wierzy?

– Mówiłem to trochę dla żartu. Ale nie tylko. Pogarda dla thrillerów bierze się z przekonania, że znacznie łatwiej jest pisać dla szerokiej publiczności. Ale to nieprawda. Rynek masowy jest pod wieloma względami trudniejszy. To jak z samochodami; nowy model Forda jest trudniejszy do zrobienia niż nowy model Rolls-Royce’a, bo musi się spodobać 10 milionom ludzi, a nie 10 tysiącom. Jestem skazany na przypadkowego czytelnika, niezbyt przywiązanego do książek. Jeśli nie spodoba się mu moja powieść, nie kupi następnej. Wróci do telewizji albo do gier wideo. Dlatego zawód autora thrillerów jest tak trudny…

A przecież rozmawiam z Lee Childem, któremu czytelnicy są wierni od ponad 20 lat. I który został uznany przez „Forbesa” za markę numer 1 na światowym rynku książek… Przejdźmy do kolejnej pańskiej prowokacji – podobno cała literatura wzięła się z thrillerów.

– Thriller to początek całej literatury. Inne gatunki wyrosły na nim jak pasożyt na drzewie. W dawnych czasach świat był nieprzyjazny, pełen niebezpieczeństw. Tak więc wymyślono pierwsze thrillery – historie o tym, jak człowiek pokonuje niebezpieczeństwo. To miało pocieszyć ludzi, uczynić ich silniejszymi. Dopiero gdy świat stał się bardziej cywilizowany, pomyślano o pisaniu historii bardziej literackich.

Zawsze zaczyna pan pisać swoje książki 1 września. Dlaczego to takie ważne?

– Częściowo z powodów sentymentalnych. Bo tego dnia zacząłem „Poziom śmierci”. Ale również dlatego, że gdy jesteś pisarzem, to musisz wierzyć w dwie różne rzeczy jednocześnie. Musisz wierzyć, że pisanie to kreatywność, radość wymyślania. Ale musisz też wierzyć, że to praca. Nie możesz czekać na muzę. Ja tego potrzebuję: dyscypliny, terminów, które trzymają mnie w ryzach. No, i poza tym dopiero zaczynasz pisać, jesteś na pierwszej stronie i jeszcze niczego nie spieprzyłeś. Czekam na ten dzień.

Nie żałuje pan, że Reachera nie zagrał Dwayne Johnson? Został odrzucony, a zdecydowanie bardziej pasuje. A dziś jest nawet o kilka miejsc wyżej na liście najlepiej zarabiających aktorów od filmowego Reachera – Toma Cruise’a…

– Prawa do ekranizacji zostały zakupione dawno temu, gdy Dwayne nie był taki sławny. A żeby zrobić taki film, trzeba znanego nazwiska, które pozwoli zdobyć niemałe pieniądze na film.

Od razu było jasne, że Cruise będzie powszechnie krytykowany. To oczywiste – nie ma postury Reachera, trochę mu brakuje do blisko dwóch metrów [ma 1,72 metra wzrostu – red.]. Prawdę mówiąc, bałem się trochę Toma, który ma raczej dziwaczną prasę z powodu tej swojej scjentologii. Ale na planie niczego takiego nie zauważyłem, uwielbiałem spędzać z nim czas. No, i Tom świetnie odtworzył osobowość Reachera! Nie miałem powodów do narzekania.

Podobno uwielbia pan Becketta. I widział pan „Czekając na Godota” ponad 40 razy. Co jeszcze pan lubi? A za czym pan nie przepada?

– „Godota” uwielbiam – bo wciąż nie zrozumiałem tej sztuki. Jedzenie nie bardzo mnie interesuje, zwłaszcza że lepiej pisze mi się, gdy jestem głodny. Ubrania też niespecjalnie – zawsze kupuję zbyt tanie. Moje prawdziwe trzy pasje to papierosy, kawa i zioło. Zaczynam dzień od tradycyjnego „english breakfast”: cztery kawy i pięć marlboro. Kawę robię nie za mocną, żeby móc wypić jej jeszcze więcej. Mój ostatni rekord to 36 kubków dziennie. Trawę palę od 1969 roku pięć razy w tygodniu. W fajkach, bo nigdy nie byłem dobry w skręcaniu jointów. Pierwszy raz wypaliłem jointa, gdy miałem 14 lat. I wtedy po raz pierwszy w życiu uprawiałem seks. Po raz drugi uprawiałem seks, gdy wypaliłem drugiego jointa… Ale nie sięgam po nic mocniejszego, bo zbyt łatwo się uzależniam.

Od dziecka marzył pan o przeprowadzce do Ameryki. Co pan czuł, gdy odniósł pan tam ogromny sukces?

– Urodziłem się Wielkiej Brytanii – pozornie nie ma najmniejszych powodów, żeby się skarżyć. Ale w moim dzieciństwie był to kraj niewiarygodnie nudny. Brytania była szara, wyczerpana wysiłkiem wojennym, dość uboga, depresyjna. Wielkie marzenia były nie na miejscu. Moi rodzice chcieli jedynie, żebym poszedł na studia. Żebym mieszkał w bliźniaku, a nie w szeregowcu. I żeby mój używany samochód miał dwa lata, a nie pięć. O nic więcej nie należało prosić.

Ale ja od dziecka uważałem, że powinienem mieszkać w Nowym Jorku. Miałem parę lat, gdy po raz pierwszy zobaczyłem Manhattan w jakiejś książeczce. Pomyślałem, że jestem nowojorczykiem uwięzionym w Birmingham. Przeniosłem się do Nowego Jorku po pierwszej książce. Minęło trochę lat i mój agent zadzwonił, żeby powiedzieć, że jestem numerem 1 na liście bestsellerów „New York Timesa”. Poczułem się, jakbym poleciał na Marsa. Albo jak Beatlesi, gdy Brian Epstein powiedział im przez telefon: „Chłopaki, jesteście numerem 1 w Ameryce!”. Poczułem się jak piąty Beatles.

A co Jack Reacher sądziłby o Trumpie?

– Reacher widzi świat w bardzo wyrazistych kategoriach. I od razu zauważyłby, że Trump uciekł przed wojną w Wietnamie. A Reacher tchórzy bardzo nie lubi.

LEE CHILD (właśc. Jim Grant) jest brytyjskim pisarzem urodzonym w 1954 r., od wielu lat mieszkającym w Nowym Jorku. Autorem thrillerów, których głównym bohaterem jest Jack Reacher, były major amerykańskiej żandarmerii wojskowej. Ukazały się już 22 powieści tego cyklu, a ich łączna sprzedaż przekracza 100 milionów egzemplarzy. „Jednym strzałem” i „Nigdy nie wracaj” zostały sfilmowane, główną rolę zagrał Tom Cruise.

„Nocna runda” Lee Childa do kupienia z papierowym „Newsweekiem” od 16 kwietnia.

Link do źródła artykułu