Ave Verum Corpus
30 listopada 2008
Amadeo – Mój Guru
1 grudnia 2008

Brat Mozart

Brat Mozart: ciemność i światło

Na marginesie książki Guy Wagnera

Brat Mozart okładka książki Guy Wagnera

Poniżej przedstawiam treść tekstu w oryginale pod powyższym tytułem. Autorem eseju „Brat Mozart: Ciemność i Światło” jest Artur Bielecki. Artykuł znalazłem na stronie Wydawnictwo Odra, gdzie w dowód podziękowania za doskonały desk, w temacie dzieła życia Amadeusza zapraszam i polecam ten świetny i pełen niezwykłych kulturalnie intelektualnych materiałów serwis internetowy. Miejsce gdzie inteligentny człowiek znajdzie coś dla siebie…

 

Wolfgang Amadeusz Mozart należał, jak wiadomo, do największej utajnionej organizacji świata. Albo, jak by powiedział ktoś inny, do największego towarzystwa wzajemnej pomocy. Mozart był masonem. Przyjęty został do wiedeńskiej loży „Zur Wohlthatigkeit” (Dobroczynność). „Stało się to we wtorek 14 grudnia 1784 roku o wpół do siódmej wieczorem, w domu „Zum rothen Krebsen” nr 464, przy Kienmarkt” – pisze Guy Wagner w swojej książce (niedawno opublikowanej również w Polsce) o wolnomularstwie w osiemnastowiecznym Wiedniu i o udziale Mozarta w tym ruchu.

14 grudnia 1784 roku twórca „Uprowadzenia z Seraju” miał prawie 29 lat, ale z ideałami wolnomularstwa zetknął się znacznie wcześniej. Już w roku 1773 napisał muzykę do masońskiej sztuki „Thamos, król Egiptu” autorstwa barona Tobiasza Filipa von Geblera. Gebler, poeta, radca państwowy i wicekanclerz cesarsko-królewskiej czeskiej kancelarii, a także chwilowy protektor Mozarta, powierzył 17-letniemu Wolfgangowi skomponowanie muzyki do dwóch scen z pierwszego i piątego aktu sztuki. Działo się to podczas pierwszej wiedeńskiej wizyty Mozartów – ojca i syna (rok 1773). Mozart skomponował na zamówienie barona dwa chóry i pięć utworów instrumentalnych w charakterze antraktów, co znalazło uznanie w oczach zleceniodawcy. „[…]dołączam […] muzykę do Thamosa, tak jak ją niedawno skomponował niejaki Sigr. Mozart; to jego własna koncepcja, a pierwszy chór jest bardzo piękny” – zauważył baron w jednym ze swoich listów. Również sam kompozytor był zadowolony z rezultatu pracy (niezależnie od tego, że później przerobił tę muzykę przy nadarzającej się okazji).

Baron Gebler był masonem. Pełnił funkcję – jak pisze Guy Wagner – Czcigodnego Loży „Zum neuen Bund”, drugiej loży okręgowej działającej w ramach Wielkiej Loży Narodowej. A później, w 1786 roku został Czcigodnym Loży „Zur neugekronten Hoffnung”. W „Thamosie” sięgnął do czasów starożytnego Egiptu, który w myśli i symbolice wolnomularskiej odgrywa znaczącą rolę. Muzykę do „Thamosa” (Katalog Kochla 345) uznaje się za zwiastun i dalekiego poprzednika „Czarodziejskiego fletu”, znacznie późniejszej opery, pełnej bezpośrednich i symbolicznych odniesień do wolnomularstwa. Jaki jest Thamos, ta „premasońska” muzyka Mozarta? „Szczególnie pierwszy chór, któremu towarzyszy olbrzymi aparat orkiestrowy (flety, oboje, fagoty, rogi, trąbki, kotły, trzy puzony, instrumenty smyczkowe), można porównać jedynie z kilku największymi chóralnymi dziełami samego Mozarta, z Kyrie d-moll albo z partiami Mszy c-moll. Rzecz osobliwa, że w „egipskim” dramacie Geblera, jak później w Czarodziejskim flecie, odgrywa ważną rolę symboliczne przeciwstawienie ciemności i światła. Tak więc ten pierwszy chór to potężny hymn poranny, powitanie słońca, z uroczystym tutti, powracającym jak w rondzie, i z dzieleniem chóru na męski i żeński – muzyka finezyjnie wykończona, a jednocześnie wywierająca silne wrażenie” (Alfred Einstein).

Chciałoby się natychmiast zdobyć płytę z tymi chórami (apetyt na Mozarta wzrasta w miarę wgłębiania się w jego muzykę). Ale Wolfgang już wcześniej, nawet przed „Thamosem”, zetknął się pośrednio z środowiskiem masońskim. Jak się dowiadujemy z książki Guy Wagnera, jedenastoletni Mozart został wyleczony z tyfusu plamistego przez wolnomularza doktora Josepha Wolffa z Ołomuńca. Doktorowi zadedykował pieśń „An die Freude” (Do radości, KV 53), do tekstu – podsuniętego przez Wolffa? – o wymowie masońskiej. Jeszcze wyraźniejsze inspiracje masońskie wykazuje tekst innej pieśni Mozarta – „O heiliges Band” (O święte więzy), KV 148. Wiadomo również, że w roku 1778 22-letni kompozytor rozważał skomponowanie melodramatu „Semiramida”. Autorem libretta (na motywach Woltera) był baron Otto von Gemmingen, mason, współzałożyciel loży „Zur Wohlthatigkeit”. To właśnie baron Gemmingen zachęcał Mozarta do udziału w ruchu masońskim. Dodajmy tu również, że wśród dalekich przodków Wolfganga Amadeusza ze strony ojca kilku było architektami – muratorami (ang. masons). Przypadek czy przeznaczenie?

W książce Wagnera mamy interesujący spis wybitnych osobistości wiedeńskiego wolnomularstwa lat osiemdziesiątych XVIII wieku. To czasy i środowisko Mozarta, który w 1781 r. przeniósł się z Salzburga do Wiednia na stałe. Wśród nich znajdujemy m. in. Ignaza Albertiego i Pasquale Artarię, wydawców muzyki, Ignaza von Borna – mineraloga i pisarza, czołową postać ówczesnego wolnomularstwa w Wiedniu, najprawdopodobniej prototyp postaci Sarastra z Czarodziejskiego fletu (był autorem niezwykle zjadliwej satyry na życie mnichów). Jest i książę Esterhazy, na dworze którego przez długie dekady działał Józef Haydn, jest Johann Michael Puchberg, kupiec, do którego w potrzebie finansowej wielokrotnie zwracał się Mozart i który – chwała mu za to! – rzeczywiście Mozartowi pożyczał pieniądze (w sumie 1415 guldenów, czyli dziś, a raczej już wczoraj, około 50 tysięcy marek niemieckich, przeliczenia na euro w książce Guy Wagnera jeszcze nie znajdziemy). I wreszcie, rzecz jasna, Emanuel Schikaneder, aktor, kierownik zaspołu teatralnego i – co dla nas najważniejsze – autor libretta Czarodziejskiego fletu (libretto to wydał drukiem wspomniany Alberti, osobiście wykonując sztychy zawierające wiele masońskich treści). W gronie tym jest też baron Gottfried van Swieten, dyplomata, wielki miłośnik muzyki, znający osobiście Haydna, Mozarta i Beethovena, propagator twórczości Bacha i Handla (autor niemieckich tekstów najsławniejszych oratoriów Haydna).

A zatem 14 grudnia 1784 r. Mozart „zastukał do bram świątyni masońskiej”, prosząc o przyjęcie do loży „Zur Wohlthatigkeit”. Został przyjęty jako uczeń masoński zgodnie z rytuałem reguły Ścisłej Obserwy. Jaki to był rytuał, tego nam już Guy Wagner nie zdradza, powołując się na niemożność oddania w słowach przeżycia wtajemniczenia, jakie jest udziałem kandydata. Ale możemy przypuszczać, opierając się na innych pracach, w tym Tadeusza Cegielskiego, znawcy masonerii, że Mozart składał uroczyste i długie ślubowanie. Od kandydata, z reguły pełnoletniego mężczyzny, ubiegającego się o stopień ucznia, wymagana jest przede wszystkim wiara w Najwyższą Istotę i w nieśmiertelność duszy. To nie kłóciło się – przynajmniej na pierwszy rzut oka – z katolicyzmem Mozarta.

Rytuały masońskie towarzyszące inicjacji na kolejne stopnie wtajemniczenia potrafią być bardzo rozbudowane, bogate formalnie i treściowo, a także w niezwykły sposób udramatyzowane (obnażony od pasa w górę kandydat z opaską na oczach może w symboliczny, ale do pewnego stopnia realny sposób doświadczyć na sobie napaści wrogów, śmierci i pogrzebania oraz symbolicznego zmartwychwstania, co odnosi się do dramatycznych losów mitycznego Hirama, budowniczego światyni Salomona, zamordowanego przez trzech występnych czeladników). Czy temu podobne obrzędy były udziałem Mozarta? Jedno wiemy z pewnością: szybko awansował w zasadniczej, trzystopniowej hierarchii Sztuki Królewskiej. 7 stycznia 1785 r. Ignaz von Born nadał mu stopień czeladnika, „zgodnie z obowiązującym ceremoniałem”. W kwietniu tego roku uzyskał stopień mistrza masońskiego. Jeszcze szybciej awansował podczas odwiedzin w Wiedniu ojciec kompozytora Leopold Mozart, nakłoniony zapewne przez syna do wstąpienia w szeregi wolnomularzy. Leopold jako kandydat został zgłoszony 28 marca 1785 r. Inicjacja na ucznia masońskiego przypadła 6 kwietnia, a już 16 i 22 kwietnia był kolejno czeladnikiem i mistrzem. Tak szybkie tempo usprawiedliwiono rychłym terminem wyjazdu Leopolda z Wiednia z powrotem do rodzinnego Salzburga.

Wiedeńskie wolnomularstwo rozwijało się dynamicznie aż do ogłoszenia edyktu cesarza Józefa II w grudniu 1785 r. Edykt nakładał na loże masońskie szereg administracyjnych ograniczeń, w tym obowiązek zachowania w Wiedniu nie więcej niż trzech lóż. Był to przejaw nieufności państwa wobec „tajemnic i kuglarstwa” towarzystw wolnomularskich. W wielu krajach Sztuka Królewska podlegała ograniczeniom i prześladowaniom ze strony państwa, potępiali ją również papieże, co jednak nie zahamowało działalności związku. W szeregach wolnomularzy zapisali się przecież w czasach Mozarta i później m. in. George Washington, Benjamin Franklin, Giuseppe Garibaldi, spośród ludzi pióra m. in. Jonathan Swift, Walter Scott, Mark Twain, Arthur Conan Doyle, Wilde, zaś na Starym Kontynencie m. in. Goethe, Lessing, Herder, Klopstock, Wolter, Stendhal.

Mozart, choć wierzący i praktykujący katolik (przez szereg lat był muzykiem w służbie Kościoła) swoją przynależność do wolnomularstwa potraktował bardzo poważnie, angażując się w spotkania, a przede wszystkim komponując muzykę na uroczystości masońskie. Planował nawet utworzenie nowej organizacji „Die Grotte”. Genialnemu artyście odpowiadał zapewne sekretny charakter stowarzyszenia i rozbudowany ceremoniał, a nade wszystko idea wewnętrznego doskonalenia człowieka. Autora wywrotowej opery „Wesela Figara” jakże musiały pociągać popierane przez masonerię liberalne przekonania o równości i braterstwie ludzi ponad podziałami religijnymi i stanowymi. Czy Mozart zastanawiał się głębiej nad genezą ruchu wolnomularskiego, tego się chyba nigdy nie dowiemy. Pochodzenie masonerii pozostaje zresztą tematem niezgłębionym również i w naszych czasach. W 1717 r. w londyńskiej tawernie „Pod Jabłonią” w Covent Garden przedstawiciele czterech lóż ogłosili powstanie Wielkiej Loży i rok ten uznano za moment oficjalnego ujawnienia się wolnomularzy. Stopniowo ujawniały się inne loże na Wyspach Brytyjskich. Co jednak działo się wcześniej?

Przeważa pogląd wywodzący ideę masonerii – „ruchu, którego celem było doskonalenie człowieka” – ze średniowiecznej Anglii, z cechu muratorów i kamieniarzy, budowniczych katedr. Loża (ang. lodge) to w ówczesnej terminologii część warsztatu, po prostu rodzaj skromnej szopy stojącej obok muru wznoszonej budowli, jak to wyjaśnia Tadeusz Cegielski. Angielski „free mason” pracować miał w miękkim kamieniu, co wymagało największej zręczności i mogło decydować o elitarnym charakterze tej grupy muratorów. Z czasem, wobec zaniku tej specjalności, zaczęto przyjmować w niektórych lożach członków li tylko honorowych. Z kilku takich lóż miało się rozwinąć wolnomularstwo nowożytne (symboliczne, spekulatywne). O dawnych czasach świadczy jedynie wyrazista symbolika masonów: rękawice i fartuszek ze skóry jagnięcia, młotek, kielnia, cyrkiel, węgielnica.

Nie brak innych odpowiedzi na pytanie o korzenie ruchu wolnomularskiego. Najbardziej chyba poruszająca i sensacyjna chciałaby widzieć w masonerii pokłosie zagłady zakonu Templariuszy. Templariusze – jeden z najwybitniejszych i najbogatszych zakonów rycerskich, „bankierzy Europy” – padli ofiarą polityki króla Francji Filipa Pięknego. Mimo rozwiązania zakonu i śmierci na stosie mistrza Jakuba de Moley w 1314 r. część ocalałych z pogromu braci miała uciec na Wyspy Brytyjskie i tam w ukryciu krzewić tradycję Templariuszy. Nawiązanie do średniowiecznego cechu było jedynie parawanem utajnionej działalności. W tych właśnie uciekinierach, w tajemniczej „Wielkiej Społeczności” John J. Robinson („Zrodzeni z krwi”) upatruje ukrytych sprawców buntu chłopów w Anglii w 1381 r. Według jego opinii wolnomularze są spadkobiercami Templariuszy.

Jakkolwiek było, muzyka odgrywała ważną rolę w wolnomularskich rytuałach, a wśród kompozytorów i muzyków nie brakowało masonów. Jednym z pierwszych osiemnastowiecznych muzyków-masonów był William Boyce, angielski kompozytor, organista i wydawca. Są i sławniejsze nazwiska – do masonerii należeli m. in. Haydn (był jednak członkiem nieaktywnym), Louis Spohr, autor „Toski” Giacomo Puccini, największy kompozytor Finlandii Jan Sibelius, Arrigo Boito, a także dwaj wybitni muzycy związani swego czasu z Wrocławiem: Józef Elsner (nauczyciel Chopina) i niemiecki dyrygent i skrzypek Leopold Damrosch. W muzyce wolnomularskiej pojawiają się oryginalne utwory o orientacji masońskiej, na przykład kantata „Carmen saeculare” (1779) Francois-Andre Philidora do tekstów Horacego, wykonana po raz pierwszy w Wielkiej Loży Londynu. Znacznie częściej jednak wykorzystuje się istniejącą już muzykę, zapożyczając z niej melodie, do których śpiewano masońskie teksty. Z XVIII i XIX w. zachowały się liczne antologie pieśni masońskich, wśród nich La lire maconne (Haga 1766) i Freimaurerlieder im Musik (Lipsk 1785). Najstarsza znana masońska pieśń znajduje się w zbiorze Singende Muse an der Pleisse Sperontesa wydanym w Lipsku w roku 1736. Singende Muse… to pierwsza większa kolekcja niemieckich Lieder, a jeden z zawartych tam tekstów mówi o „naszym Porządku”. W wielu późniejszych pieśniach masońskich odnajdziemy melodie wzięte z popularnych oper (Rameau, Campra, Rousseau, Mozart) i hymnów.

Mozart obdarował masonów bardzo hojnie. Nie tylko komponował „dla Braci”, ale na przykład 20 października 1787 r. wraz z klarnecistą Antonem Stadlerem zorganizował w loży koncert, na którym wykonano jedną z jego masońskich kantat i między innymi dwie symfonie Paula Wranitzky’ego, rówieśnika Mozarta, kompozytora należącego do wolnomularstwa. Liczbę oryginalnych „masońskich” utworów Wolfganga Amadeusza trudno ustalić z idealną precyzją. Nieunikniona tajemniczość ruchu wolnomularskiego, ukryta symbolika nie poddają się łatwemu „rozszyfrowaniu”. Nie wystarcza odkrycie obiektywnych cech „masońskiej muzyki” (np. symboliki określonych tonacji), trzeba jeszcze udowodnić właściwą intencję kompozytora.

Nie pozostawiają jednak cienia wątpliwości co do masońskiej genezy dzieła takie jak Maurerische Trauermusik (Masońska muzyka żałobna) c-moll KV 477. Guy Wagner nazywa ją raczej „Muzyką mistrza masońskiego”, przychylając się do poglądu, że owa Trauermusik w istocie nie została napisana ku czci dwóch zmarłych braci-wolnomularzy, lecz ilustruje inicjację Mozarta na stopień mistrza masońskiego. A więc zamiast trenu muzyczny ślad masońskiej inicjacji? Wsłuchajmy się w samą muzykę. Dramatyczny gest i rozmach Maurerische Trauermusik są tu bardzo typowe dla Mozarta. Mniej typowy jest natomiast niezwykle uroczysty ton oraz szczególna obsada, uwypuklająca instrumenty dęte. Ta głęboka powaga, granicząca z patosem, jak również wybitna rola instrumentów dętych charakteryzują styl kompozytorski Mozarta-masona. Wolnomularze instrumenty dęte upodobali sobie ogromnie. Dla Mozarta takim szczególnym instrumentem był basethorn (rożek basetowy), rodzaj klarnetu altowego o półokrągłym (w czasach kompozytora) kształcie. Kilka dzieł skomponował Mozart dla zaprzyjaźnionego klarnecisty Antona Stadlera, wolnomularza, którego brat Johann Stadler grał z kolei na basethornie. Nie były to zwykłe „szczegóły instrumentacyjne”. Mozart zawsze genialnie odczuwał walory instrumentów dętych. Wystarczy przypomnieć sobie pierwsze takty Requiem. Niezapomniany charakter brzmienia zawdzięczamy właśnie zestawieniu dwóch fagotów i dwóch rożków basetowych, dopiero potem stopniowo inne instrumenty i głosy ludzkie wybijają się na pierwszy plan.

A pozostałe dzieła masońskie? Na przykład Adagio na dwa klarnety i trzy rożki basetowe KV 411, które wraz z Maurerische Trauermusik ocenia Alfred Einstein jako największy wzlot muzyki masońskiej Mozarta. Kilka pieśni. Kilka kantat, z których Eine kleine Freimaurerkantate KV 623 (uważana za odblask „Czarodziejskiego fletu”), zabrzmiała 18 listopada 1791 r. w Wiedniu, wykonana pod kierunkiem samego kompozytora. Najprawdopodobniej podczas tej uroczystości masońskiej Mozart zaraził się paciorkowcem, co spowodowało gwałtowną chorobę i śmierć artysty 5 grudnia. Jako dyrygent więc (ale czy jako kompozytor?) Mozart pożegnał się ze światem muzyką masońską.

I, rzecz jasna, Czarodziejski flet. Niektórzy, jak Guy Wagner, widzą w tym arcydziele „coś więcej niż zwyczajną operę”, widzą „wielką pieśń” – masoński manifest. Jeśli jednak nawet nie zauważymy żadnego z wolnomularskich symboli, to i tak Czarodziejski flet pozostanie jednym z „tych dzieł, które tak samo mogą zachwycić dziecko, jak i wzruszyć do łez najbardziej doświadczonego z ludzi, a najmędrszego wznieść w wyższy świat” (Einstein). Nie miejsce tu na szczegółową analizę symboliki wolnomularskiej, ale przypomnijmy kilka podstawowych tropów. Tonacja Es-dur, z trzema znakami przykluczowymi, to „tonacja masońska”, symbolizująca trzy stopnie wtajemniczenia, a także trzy filary Sztuki Królewskiej. Sarastro uosabia światło, dobro, Królowa Nocy – ciemność, siły zła. Tamino i Pamina to postacie adeptów. Akordy ze wstępu do uwertury symbolizują trzykrotne pukanie adepta do bramy Świątyni. Poddani próbom, w końcu szczęśliwie zostają przyjęci do Świątyni Najwyższego Światła (istnieją wszak specjalne loże również dla kobiet i dziewcząt). „Promienie Słońca rozpędzają noc”.

Guy Wagner w nieukrywanym entuzjazmie dla masonerii chciałby już całkowicie „zaanektować” Mozarta dla ruchu wolnomularskiego. Przyznać trzeba, że wykazuje tu pewną delikatność, ale listę „masońskich” utworów mistrza (no właśnie: w jakim sensie mistrza?) ciągnie prawie w nieskończoność. W orbicie Sztuki Królewskiej mają więc pozostawać kluczowe arcydzieła dojrzałego Mozarta: m. in. kwartety smyczkowe KV 464 i 465, Koncert fortepianowy d-moll i Es-dur KV 482, Trio Es-dur KV 498, Symfonia „Praska”, Kwintet i Koncert klarnetowy, a trzy wielkie ostatnie symfonie mają nawet być „trylogią masońską”. W pewnym momencie zapał Wagnera przechodzi jednak w zacietrzewienie na starej osi konfliktu masoneria – Kościół katolicki. Stawia on kontrowersyjną tezę, że ostatniego dzieła – słynnego Requiem – Mozart nie tyle nie zdążył, co… nie chciał, nie mógł ukończyć, bo było katolicką mszą, a on tymczasem na zawsze już pożegnał się z wiarą dzieciństwa i Kościołem. Jeśli tak jednak było, to skąd jedno z ostatnich najpiękniejszych arcydzieł Mozarta – Ave Verum skomponowane na Boże Ciało?

Mozart nie jest niczyją wyłączną własnością, jako kompozytor zwraca się do wszystkich ludzi. Również do Braci. Jeden z nich, wspierający wdowę po Mozarcie baron Gottfried van Swieten, w dniu śmierci Mozarta stracił, jak pisze Wagner, wszystkie oficjalne stanowiska, podejrzany o udział w masońskim spisku. Czy ten oświecony człowiek zdawał sobie sprawę, że był świadkiem może szczytowego momentu w duchowej historii Sztuki Królewskiej? Moment ten nadszedł pewnego grudniowego dnia, gdy jednym z jej wtajemniczonych został niepozorny, drobny mężczyzna z Salzburga.

Guy Wagner: Brat Mozart. Wydawnictwo URAEUS, Gdynia 2001.

 

 

Dodaj komentarz