Liczy się ciemność
16 czerwca 2016
Cliff Martinez: Mogłem udawać, że potrafię grać na wszystkim
25 czerwca 2016

Geniusze to ludzie tacy, jak my [wywiad]


Brytyjski reżyser-dokumentalista. Urodzony w Brighton, podróżował ze swoją pracą po całym świcie. W 2006 roku rozpoczął serię dokumentów „In search of…” („W poszukiwaniu…”), w której pokazuje biografie największych kompozytorów muzyki klasycznej. 1 marca, w warszawskim kinie “Praha” miała swoją premierę czwarta i ostatnia część cyklu „W poszukiwaniu Chopina”. Właśnie o tych filmach, ale również osobistych przeżyciach i inspiracjach Phil Grabsky rozmawiał z Esterą Prugar.

Estera Prugar: Zanim przejdę do pytań, chciałabym podziękować za film, który miałam przyjemność wczoraj obejrzeć – „W poszukiwaniu Chopina”. Sama chodziłam do szkoły muzycznej, ale pomimo wielu wspaniałych rzeczy, których się tam nauczyłam, było też kilka doświadczeń innego typu, jak na przykład przekonanie, że muzyka klasyczna i jej twórcy byli zwyczajnie nudni….
Phil Grabsky:
Dlaczego uważałaś ich za nudnych?

Nie rozumiałam ich i ich twórczości. Z wiekiem oczywiście to się zmieniło, ale kiedy oglądałam Twój film o Fryderyku Chopinie, pomyślałam, że zrozumienie tej muzyki zajęłoby mi zdecydowanie mniej czasu, gdyby ktoś zaprezentowałby mi historie jej kompozytorów w taki sposób, w jaki Ty zrobiłeś to w filmie. I tu pojawia się pierwsze pytanie, jak udaje Ci się tak odległe postaci przedstawić w tak przystępny i poruszający sposób?
Myślę, że kompozytorzy są zdecydowanie bardziej interesujący, kiedy zdasz sobie sprawę, że byli dokładnie tacy, jak my. Jest taki obraz wielkich geniuszy, których przedstawia się niemalże jako istoty unoszące się nad ziemią, którym nie zdarza się być zrzędliwymi, nie korzystają z toalet… Zajmują się jedynie tworzeniem wielkiej i wspaniałej muzyki.
Kiedy to wszystko się rozpoczęło, a zaczęło się od Mozarta, gdy poszedłem ze znajomymi na jedną z jego oper. Siedziałem tam i myślałem, że ludzie płacą po 350 euro za bilet, a wystawiana jest twórczość człowieka, który nie żyje od około 250 lat. Część mnie była zazdrosna. Jako osoba twórcza, która zmaga się z wypełnieniem sali kinowej, zacząłem się zastanawiać: „Jak on to zrobił? Co jest takie w tej muzyce, co takiego w jego osobowości pozwoliło mu na to, żeby stworzyć muzykę, która do dziś wypełnia sale koncertowe na całym świecie?”. Jakiś czas wcześniej byłem w Afganistanie i zdałem sobie sprawę, że tam również słyszałem tę muzykę – jest grany wszędzie. Tak to się zaczęło.
 


Pianino Pleyel należące do Chopina, na którym grał w Nohant fot. Seventh Art Productions

 

A od czego zaczynasz sam film?
Zawsze zaczynam od listów. Jesteśmy szczęściarzami, bo dwieście lat temu ludzie pisali listy – ja nie pamiętam, kiedy ostatnio napisałem prawdziwy list. W każdym razie, zawsze próbuję patrzeć na mojego bohatera z takiej samej perspektywy, jak patrzę na wszystkich innych ludzi – zaczął dokładnie tak, jak ja, od bycia dzieckiem, ma rodzinę, jakieś korzenie. Dlatego mam w sobie takie poczucie, że późniejsza historia ma niewiele wspólnego z naturalnymi predyspozycjami. Przez wiele lat walczyłem o to, aby móc robić filmy. Nie ma sensu mówić o geniuszu, bo przede wszystkim, jest to po prostu ciężka praca, a potem to, kim są twoi rodzicie, twoi nauczyciele, co cię otacza, z czym obcujesz. Zmiany technologiczne są bardzo ważne. Szczęście jest równie istotne. Oczywiście nie porównuję się do żadnego z bohaterów moich filmów, ale znajduję pewne podobieństwa w procesie twórczym.
Druga część odpowiedzi na to pytanie, to ciekawość. Nie ma nic ciekawego w stwierdzeniu:  „Był geniuszem, przyszło mu to naturalnie” – to nudne. Zdecydowanie bardziej interesujące jest to, dlaczego i w jakich okolicznościach Chopin napisał swoje utwory. Dal przykładu, są ludzie przekonani, że koncerty fortepianowe powstały we Francji, gdy tak naprawdę, napisane w Warszawie, stanowiły dla niego rodzaj portfolio artystycznego przed wyjazdem… To samo dotyczy Mozarta czy Beethovena – wiele ich utworów powstało na potrzeby lekcji muzycznych, których udzielali. Było mnóstwo ludzi uczących się grać na instrumencie, ale nie mieli nut, które mogliby grać. W ten sposób powstało wiele dzieł wybitnych kompozytorów. To bardzo długa odpowiedź, ale ja po prostu uwielbiam tego typu szczegóły.

Wiem, że to trudne pytanie, ale zaryzykuję: gdybyś musiał wybrać, który z czterech filmów jest Twoim ulubionym? Czy to się zmienia i jak Ty postrzegasz te filmy teraz?
To zabawne, bo kiedy wczoraj na premierze „W poszukiwaniu Chopina” usłyszałem fragment “Requiem”, pomyślałem – Mozart, o którym robiłem pierwszy film. Jeden z powodów, dla których wierzę, że po biografiach widać, kiedy zostały stworzone przez osobę kreatywną jest to, że wiem, że w każdym filmie biograficznym, który tworzę, znajduję fragment własnej historii – inni mogą nie znaleźć tych płaszczyzn utożsamiania, ale ja mogę. Dlatego Mozart jest dla mnie filmem bardzo poruszającym, bo kiedy go kręciłem i jeździłem po Austrii czy Niemczech, gdzie ciągle było ciemno i śnieżnie, wtedy czułem bardzo szczególną więź z własną historią. Do tego jego muzyka jest zupełnie wyjątkowa, niezwykła… Także to jest pierwszy film z tej serii, z największym wkładem mojej własnej podróży, czego może nie widać na pierwszy rzut oka, ale da się zauważyć w szczegółach.
Natomiast, ze wszystkich filmów, jakie kiedykolwiek zrobiłem, Beethoven był moim ulubionym. Ale na tę, bardzo obecną chwilę myślę, że ulubiony jest Chopin. Jest najbardziej pełnym, ukończonym dziełem. Także podsumowując – na ten moment: „W poszukiwaniu Chopina”.


Phil Grabsky filmuje Leifa Ove Andsnesa w Wigmore Hall, fot. Seventh Art Productions

Czterech kompozytorów, cztery różne historie. Jak myślisz, w jaki sposób połączyłbyś ich biografie?
Przez zupełny przypadek te cztery filmy tworzą ciekawy zarys historyczny z perspektywy społecznej pozycji kompozytorów. Rozpoczynając od Haydna, który był pracownikiem księcia, a właściwie czterech książąt – zdarzało mu się grać prywatne koncerty i zarabiać na nich pieniądze, ale przede wszystkim był sługą na dworze. Mozart również należał do służby, co zresztą go złościło, kiedy zmuszony był jadać z pomocą kuchenną. Wszyscy oni najbardziej pragnęli szacunku i sytuacje, w których sprowadzano ich do niższej pozycji, kiedy nie mogli rozmawiać z dworskimi osobistościami, były dla nich frustrujące. Dlatego Mozart wyłamał się z dworskich schematów i podjął próbę zostania niezależnym muzykiem: sam drukował bilety na swoje koncerty, zatrudniał piękne kobiety do ich sprzedaży, pisał muzykę i grał ją podczas koncertów. Mimo to, na krótko przed śmiercią zatrudnia się do pisania muzyki balowej. Beethoven poszedł krok dalej i zapisał się jako jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy, prawdziwie niezależny muzyk. Ale nawet on, żeby móc się utrzymać, udzielał lekcji gry. Aż dochodzimy do Chopina, który nie wyobrażał sobie, że mógłby nosić uniform służby. Nie chciał też grać koncertów – był szczęśliwy po prostu tworząc i nie przeszkadzało mu, gdy inni wykonywali jego kompozycje publicznie. Uczył również tylko i wyłącznie ze względów finansowych. Ogromny postęp.

Czego nauczyłeś się podczas realizacji filmów o tych kompozytorach? Co najbardziej zainspirowało Cię w ich życiorysach?
To, co jest w tych muzykach naprawdę inspirujące i co jest wspaniałą lekcją dla każdego, kto zajmuje się w dzisiejszych czasach pracą twórczą, to fakt, że żaden z nich nie był zainteresowany gwiazdorstwem, nagrodami, pojawianiem się w prasie (poza sytuacjami, kiedy pomagało to sprzedawać bilety na koncerty). Kiedy osiągali określony poziom bezpieczeństwa ekonomicznego – czego wciąż wszyscy pragniemy – jedyne, co ich interesowało, to komponowanie najlepiej, jak umieli. Chopin, na przykład, który był pewien swojego talentu, mimo wszystko słuchał innych artystów – nawet jeżeli nie uważał ich za dobrych i tak ich słuchał. Wszyscy są pod tym względem niezwykle inspirujący… Patrząc chociażby na to, że to była po prostu cholernie ciężka praca! Znowu podobna kwestia: patrzymy na te nuty, słuchamy ich i brzmią idealnie, i dla nas to jest oczywiste i naturalne, ale przecież wszystko to przechodziło zmiany, ewoluowało… Wiem ile trwa zrobienie filmu i doprowadzenie go do miejsca, w którym uznaję, że jest „OK”, to trochę inna rozmowa, ale chodzi mi o to, że potrafię sobie wyobrazić ogrom pracy, który poprzedzał efekt końcowy dzieł tych kompozytorów. To również jest bardzo istotne dla mnie.


Phil Grabsky w obiektywie Marka Giarda
A co w takim razie odkryłeś, czego nie wiedziałeś lub czego się nie spodziewałeś?
Odkryłem, że na przykład Chopin był wyjątkowo zabawnym, dowcipnym człowiekiem, a przecież jego muzyka jest tak głęboko emocjonalna, poruszająca… Zresztą oni wszyscy byli zaskakująco dowcipni. Wydaje mi się, że to była ich cecha wspólna – zdolność obserwacji natury ludzkiej. Przez to też potrafili być uszczypliwi czy wręcz złośliwi, ale na pewno nie można odmówić im poczucia humoru. 

 



Źródło: Prosto o Muzyce

Dodaj komentarz