NASA zbada wnętrze Marsa. Startuje misja, w którą ogromny wkład wnieśli Polacy – Nauka
5 maja 2018
Gwiazdy na dniu otwartym Gdyńskiej Szkoły Filmowej
5 maja 2018
Pokaż wszystko

Koniec dzieciństwa | Prostoomuzyce


Zawsze byłem jednym z tych dzieciaków z ukrytym równoległym światem, marzeń i fascynacji, zachwytów i olśnień, jednocześnie spontaniczny i otwarty więc zawsze wstrząśnięty i rozczarowany niemożliwością podzielenia się tym z otoczeniem. Moi rówieśnicy w drugiej połowie lat 70 byli typowymi konsumentami popłuczyn zachodniej pop kultury, która w ograniczony sposób przeciskała się przez szczelną żelazno-gierkowską kurtynę do naszego PRL-lowskiego świata. Na szkolnych dyskotekach w oświetlonej kolorofonami sali gimnastycznej królowały hity ABBY, Be Gees i Africa Simona… byłem więc wniebowzięty kiedy z głośników popłynęło „Come Together” moich ukochanych Beatlesów w przeróbce Aerosmith z dosyć tandetnego acz popularnego wówczas filmu „Sgt Pepper’s Lonely Hearts Club Band”.

Nie wiem skąd się brała moja impregnacja na nowe mody; czy po prostu posługiwaliśmy się inny językiem czy też nasiąknąłem po prostu muzyką obecną w domu dzięki mojemu starszemu bratu i ojcu, którzy w jakiś nietypowy sposób dostarczali zachodnie płyty, a wśród nich Beatlesów otoczonych w naszym domu jakimś szczególnym kultem. Nie był to kult jawny, zwyczajnie co jakiś czas któryś z domowników puszczał płytę i kontemplował (bywało, że w samotności) „Abbey Road”, „Let it Be” czy też wybrane kawałki z francuskiej składanki „Oldies but Goldies” typu „Ticket To Ride” czy „Yesterday”.Któregoś razu, gdy byłem chory,mój brat, Krzysztof przyniósł mi kilka swoich nowych nabytków płytowych – były to francuskie wydania: L’age d’or de Rolling Stones – ich płyt już wtedy kultowych – „Let it Bleed”, „Beggars Banquet” i składanki największych hitów, jak np. „Satisfaction”, „Paint it Black” czy „19th Nervous Breakdown”. Włączyłem winylową płytę i usłyszałem brzmienia wówczas mi obce i odległe od czarującego świata beatlesowskich i pełnych słodyczy harmonii. Niepokój towarzyszący pierwszym dźwiękom „Gimme Shelter” był zapowiedzią tej historii, która miała się dopiero dla mnie rozpocząć, było to przekroczenie ram dziecięcego świata, gdzie wszystko było jasne i przewidywalne, wkroczenie na nieznane obszary pełne egzotyki, eksperymentu i ekstrawagancji.

Psychodeliczny blues w „Gimme Shelter”, „Midnight Rambler”, snujące się i lekko zwariowane klimaty „Parachute Woman” czy nieco szokujące swoją pierwotną prostotą i jednocześnie wyszukaniem rytmy „Sympahy For The Devil” i „Live with Me” były wstępem do poznania nowej sfery, nowego tak jakby antyświata oznaczającego koniec dzieciństwa i początek nastoletnich doświadczeń – niekontrolowanych, odkrywczych. To, czego doświadczyli i nagrali Rolling Stonesi w krótkim okresie pomiędzy młodzieńczym rock’n’rollem i rythm’n’bluesem, poprzez popową karierę i rywalizację z Beatlesami środka lat 60, aż do własnych odkryć na miarę arcydzieł przełomu lat 60 i 70 stało się dla mnie biblią muzyki i encyklopedią rockowych archetypów. Oczywiście, punk był kolejnym wstrząsem i porcją energii – zupełnie świeżej i w sumie bardziej bezpośredniej, ale punktem odniesienia pozostali już na zawsze Stonesi (mimo moich kolejnych odkryć – klasyków takich jak Led Zeppelin, The Doors, The Who i AC DC. Chociaż dzisiaj są ledwie cieniem swojej dawnej kreatywności wciąż, nawet przez krótkie momenty na koncertach, przyprawiają o dreszcze podobne, jak te, które towarzyszyły mi podczas pierwszego słuchania płyty. To wyjątkowy rodzaj energii, który każe podchodzić do świata nieco cierpko i sarkastycznie, lecz zawsze z zachłannym apetytem na nowe doznania i przygody.

– Jan Benedek, muzyk

***
Jeśli chcesz się z nami podzielić swoją muzyczną opowieścią, napisz na adres: mymusicstory@prostoomuzyce.pl



Źródło: Prosto o Muzyce