Zakończył się nabór do konkursu im. Adama Didura
9 marca 2019
Maria Serweryn: Terapeutka Boga [wywiad]
23 marca 2019

Dyrygent, który jest orkiestrą [relacja z koncertu Daniela Orena]


KS. ADRIAN NOWAK: Pierwszy w Polsce występ Daniela Orena, przejdzie niewątpliwie do historii jako koncert wybitny. To jedno z tych wydarzeń muzycznych, na które czeka się latami i które wypełniają salę po brzegi. Nie inaczej było 13 marca w sali Filharmonii Śląskiej.

Daniel Oren uznawany jest w świecie za specjalistę od dzieł Giacomo Pucciniego, dlatego też warto dać się porwać jego interpretacji. Dyryguje w sposób dla jednych piękny, innym może się on wydawać mocno teatralny i przesadzony. A jednak podziwu godny jest efekt jaki uzyskuje dzięki swej ekspresji. Nie jest to tylko kolejny dyrygent prowadzący orkiestrę. On sam scala się z orkiestrą wydobywając z niej to co dla utworu najlepsze. Pełną gamę brzmień i barw. Osobiście uwielbiam tego typu dyrygentów. Wydaje się, że maestro zdaje sobie sprawę z ciążącego na nim obowiązku legendarnego interpretatora, stara się więc nie tyle prowadzić orkiestrę co być jej integralną częścią. Początkowo sprawia na widzu wrażenie despoty, który nie znosi sprzeciwu. Jego gwałtowne ruchy rąk i całego ciała rzeczywiście są bardzo teatralne, ale najwyraźniej właśnie tego potrzebuje orkiestra, która gra pod jego batutą jak zaczarowana. Chociaż… batuta niewiele ma tu do roboty. On sam jest jedną wielką batutą. Nie ma wejścia, którego by nie pokazał. Nie ma dynamiki, która by nie była przez niego zaznaczona jakimś gestem. Śpiewa razem z chórem, i to nie tylko ustami. W pierwszych rzędach dało się słyszeć jego głos – jak by chciał powiedzieć: „Zaufajcie mi, wiem, jak ma to brzmieć. Śpiewajcie ze mną.” I chór za tym idzie. Wpatrzony w niego, interpretuje dzieło zgodnie z wolą dyrygenta. Gdy trzeba uzyskać skrajnie ciche piano – kładzie się prawie na pulpit przytrzymując zespół w ryzach. Gdy trzeba uzyskać potężne forte – zdaje się unosić nad orkiestrą. Wydobywa dźwięk szczelnie wypełniający salę. W jego dyrygenturze jest ekspresjonizm przerażający, ale jednocześnie niebywale piękny.

„Messa di Gloria” to dzieło rzadko spotykane na estradach. A szkoda, bo od samego początku jest piękne. To dzieło monumentalne, pełne duchowej potęgi i natchnienia. Wymaga od dyrygenta i całego zespołu wykonawczego podporządkowania się zapisanym w nutach emocjom. Bez tego dzieło pozostanie przeciętne. To zróżnicowanie emocji wspaniale oddał zespół Filharmonii Śląskiej, pod batutą Daniela Orena. W najbardziej żywiołowej części – „Gloria” – ma się wrażenie, że dyrygentowi zaczyna brakować rąk. Jednak Oren tym się nie przejmuje. „Nabija tempo” skacząc przy pulpicie jak przysłowiowa piłeczka, jednocześnie rękami obejmując cały zespół. Niesamowite wrażenie. Rewelacyjne przygotowanie orkiestry, chóru i solistów pozwala przy tym uzyskać ciekawe brzmienie i ekspresję.

Zarówno Łukasz Gaj – tenor, jak i Adam Szerszeń – baryton, poddali się tej wspaniałej despotyczności Daniel Orena. Kulminacją było dwugłosowe „Agnus Dei” – kończące utwór – gdzie soliści brzmieli jak jeden organizm, piękną delikatną kantyleną na tle chóru, jak zwykle do perfekcji wyćwiczonego przez Jarosława Wolanina. Potem nastąpiła długa, wchodząca w głąb serca cisza. Po niej zaś istna burza oklasków, owacja na stojąco i oczywiście bis.

Nie byłbym sobą, gdybym po takim koncercie nie dodał, że Śląsk muzyką stoi, a Filharmonia Śląska znów to potwierdziła. Cieszy mnie jeszcze jedno. Coś co nazwałbym przenikaniem organizmów. Przed koncertem spotkałem dyrektora mojej ukochanej Opery Śląskiej, widziałem też muzyków z NOSPR-u. Cieszy mnie fakt, że środowiska te są tak bardzo na siebie otwarte. Jak zostało to zakomunikowane ze sceny, współpraca Filharmonii Śląskiej z Danielem Orenem nie skończy się tylko na tym jednym koncercie, co pozwala mieć nadzieję na równie udane wydarzenia artystyczne w przyszłości.



Źródło: Prosto o Muzyce