Dyrygent, który jest orkiestrą [relacja z koncertu Daniela Orena]
16 marca 2019
FREDRIANA – wieczór baletowy z muzyką Stanisława Moniuszki
31 marca 2019

Maria Serweryn: Terapeutka Boga [wywiad]


Lukrecja Jaszewska: Piotr Głowacki, który prowadzi warsztaty aktorskie w szkole Romy Gąsiorowskiej, w której Pani też kiedyś pracowała, napisał, że trudno wchodzi się w rolę, ale również trudno jest z niej wyjść. To prawda?

Maria Seweryn: Myślę, że Piotr mówi z perspektywy aktora, który dużo gra w filmie. Film powstaje w jednorazowym procesie, a po zdjęciach nie wraca się już do postaci. W teatrze postać na zawołanie, jej historia musi wielokrotnie, czasem latami powracać za każdym razem kiedy spektakl jest grany. Ale rzeczywiście na 10 dni przed premierą teatralną, jest taki moment, w którym czuję, że przenikają się rzeczywistość i fikcja sztuki, nad którą pracujemy. Wtedy dzieją się dziwne rzeczy, osoby mijane na ulicy mówią kwestiami postaci, sytuacje wydają nam się wzięte ze sztuki, to stan na granicy schizofrenii albo metafizyki, rzeczy niezywkłe mentalnie, psychicznie i fizycznie. Ale po premierze to mija. I na szczęcie! Proszę sobie wyobrazić takie stany przed każdym spektaklem!

Które zmieniają aktora?

W jakiś sposób na pewno. Czasem zmienia się coś w nas, co poszerza pole widzenia. Przecież jesteśmy szczęściarzami, zajmujemy się człowiekiem, sensem, istnieniem, robimy to zawodowo. Każda rola uczy nas o tym wszystkim czegoś nowego.

Z ta różnicą, że odbywa się on na oczach wielu ludzi.

Tak, bo to wszystko dla widza, dla rozmowy z Nim, to nadaje temu sens. Tęsknię za kinem, ale bez teatru byłoby mi bardzo źle, bez spotkania z widzem, usłyszenia Go, poczucia, zmagania się z Nim, tego bezpośredniego kontaktu.

Po tylu latach pracy artystycznej wciąż jest trema?

Pewnie, że tak, szczególnie, że dziś świat jest bardzo dynamiczny. Musimy szybko pracować, nie ma czasu, żeby dojść do czegoś naprawdę, a przy tym musimy być tacy sprawni, gotowi, szybcy, doskonali i to jest jakiś koszmar. Świat przyśpiesza, czas się kurczy, to prawda, a przez to jesteśmy coraz bardziej powierzchowni.

A może sami narzucamy sobie tempo?

Na pewno też, ale coś jest niepokojącego z tym czasem. Zdarza się, że nie robimy spektaklu w dwa miesiące, a w 3 tygodnie, to jest szaleństwo. I wstydzimy się do tego przyznać, bo przecież tak nie powinno być.

A co do tremy? Jest trema, ale inna niż w młodości. W zeszłym roku obchodziłam 20-lecie pracy artystycznej (śmiech). Przez ten czas nauczyłam się siebie, poznałam tremę i wiem na przykład, że tego dnia nerw jest dobry, bo jest konstruktywny, innego dnia wręcz przeciwnie.

Czy udaje się pani, nie myśleć o pracy, gdy wraca Pani do domu? Po godzinie 22.00 Maria Seweryn jest przede wszystkim matką, kobietą?

Tak, mam dzieci i to jest już zupełnie inna rola.

Ale dzieci są już duże, 20-latka, 14-latka i mały chłopczyk niespełna trzy lata.

Gdy wchodzę do domu, staję się przede wszystkim mamą. Ale ja w ogóle jestem przede wszystkim matką, szczerze mówiąc, gdy pracuję, cały czas moje dzieci są z tyłu głowy, cały czas o nich myślę. Praktycznie wszystko robię z myślą o nich i też dla nich: zarówno kolację jak kolejną rolę.

Taka kochana mama?

Jestem raczej matką, która uczy, jak radzić sobie podczas mojej nieobecności. Myślę, że moje dzieci maja ciężko ze mną. Gdybym była naprawdę dobrą matką, inaczej ułożyłabym sobie życie, byłabym naprawdę w domu i wie pani… Ale unikam poczucia winy. Myślę, że moje dzieci są mądre, silne, samodzielne i mają radość życia, jednocześnie wiedząc, że żeby było pięknie i lekko, trzeba wykonać wysiłek. Ale to jest temat na dużo dłuższą i poważniejszą rozmowę…

Nie byłoby Pani tyle na scenie? Ale skoro ciągle Pani nie ma, to relacje także kształtuje Pani inaczej? Córka Lena 20-latka, to taka Pani przyjaciółka?

Jest raczej świetnym partnerem, jest moim przyjacielem choć nie zwierzamy się sobie, ani nie pijemy razem wina (śmiech). Do tych spraw mamy swoje przyjaciółki. Lena jest wspaniała, mocna, a przy tym ma pokłady olbrzymiej wrażliwości, no i jest piękna. Z uwagą i radością, obserwuję, jak idzie swoją drogą, nie oczywistą i oryginalną.

Wychowywała się Pani w artystycznej rodzinie, to samo funduje Pani swoim dzieciom. Kwestia rywalizacji, udowadniania jest czymś ważnym czy wręcz odwrotnie?

Żyjąc w takiej rodzinie trudno jest uniknąć porównań i poczucia, że skoro wszyscy są tacy silni, tyle osiągnęli, to ja też muszę, a boję się, że mi się nie uda. To męcząca i hamująca presja.

I co wtedy radzi mama?

Mówię: Nie można żyć z myślą, że musi się coś osiągnąć. Żyj, rób to, co kochasz, rozwijaj się, spełniaj, a wtedy przy okazji na pewno osiągniesz. Tylu ludzi podąża ślepo w jakimś celu, byle tylko coś komuś udowodnić i coś osiągnąć. I albo idą po trupach, albo robią to na siłę, albo coś marnują, bo nie widzą naprawdę.

U Pani tak jest?

Teraz już tak, bo nauczyłam się na własnych błędach, popełniłam je wszystkie (śmiech). Nic na siłę. Ale trzeba być pracowitym. I nie być powierzchownym.

A każdy dąży do sukcesu?

Tak, tylko nie każdy jest zdeterminowany, pracowity i nie każdy wytrzymuje, bo to zawód bardzo niesprawiedliwy i nie demokratyczny (śmiech)

I Pani ma silę?

Tak, myślę, że jestem silną kobietą. W życiu parę razy porządnie oberwałam.

I co wtedy sobie Pani myślała?

Że spotyka mnie to po coś. Że muszę wyciągnąć wnioski. A potem podnosiłam się, otrzepywałam i szłam dalej. Nie zawsze, ale czasem jeszcze silniejsza i trochę mądrzejsza.


fot. arch. artystki

Teatr Polonia, tuż po godzinie 22.00. Ucichły brawa po przedstawieniu, w którym gra Pani psychoterapeutkę Boga. Spektakl „Boże mój” reżyseruje Andrzej Seweryn, a na scenie towarzyszy pani Krzysztof Pluskota, zgrany team. Jakie emocje Pani towarzyszą?

Przede wszystkim radość. Ten tekst chodził za mną już parę lat. Nieustannie bardzo mi się podoba jego nieoczywistość, złożoność i wyjątkowe poczucie humoru Anat Gov. Przyznam, że nie śmiałam nawet marzyć, że zagram Ellę. A granie z Krzysztofem Pluskotą to czysta przyjemność i poczucie bezpieczeństwa.

I nic nie dzieje się bez powodu, a marzenia się spełniają?

Można tak powiedzieć. Pracując przy „Ślubach panieńskich” w Teatrze Stu w Krakowie wspólnie z Krzysztofem Pluskotą myśleliśmy, żeby zrobić razem jakiś kameralny spektakl. Przypominaliśmy sobie różne teksty i m.in. ten, autorstwa Anat Gov, który zachwycił Krzysztofa na tyle, że wymyślił koprodukcję między dwoma teatrami tzn. Teatrem Stu i Polonia. Moja mama [Krystyna Janda – przyp. red.] szczęśliwie się zgodziła, a mój ojciec [Andrzej Seweryn – przyp. red.] zdecydował się wyreżyserować tę sztukę. Tak naprawdę ja tylko przypomniałam tekst a cała sprawa potoczyła się poza mną. Cieszę się, że spełniło się moje marzenie.

A czy marzeniem była też wspólna praca z Andrzejem Sewerynem? Nie pierwszy raz spotykacie tutaj na deskach Polonii.

Tak, to prawda. Dawno temu zrealizowaliśmy razem spektakl „Dowód”. Każde spotkanie, praca z moim ojcem jest czymś wyjątkowym dla mnie z wielu powodów, nie tylko osobistych ale i zawodowych. Gdy dowiedziałam się, że ojciec będzie reżyserował, wiedziałam, że to nie będzie powierzchowne przedstawienie, że my naprawdę dotkniemy czegoś bardzo głębokiego.

Coś nami wstrząśnie?

Na pewno poruszy. Wiedziałam, że tekst będzie doskonałym pretekstem, aby rozmawiać o duchowości, wierze i Bogu, pomimo żartu i lekkości, jakie niesie ze sobą. W naszym świecie nie rozmawiamy o Bogu, mówimy o polityce, krytykujemy Kościół, zajmujemy się fasadą tematu, no tak musi być. Brakuje nam czasu na rozmowy o istocie, o wierze. Spektakl „Boże mój” to spotkanie dwóch światów. Ella jest ateistką, psychoterapeutką, wychowuje autystycznego syna i nagle przychodzi do niej Bóg.

Czyli będzie cud?

Tego nie zdradzę.

Spektakl reżyseruje Pani ojciec, w pracy to przeszkadza czy pomaga?

(śmiech) Pewnie, że pomaga. Mam z ojcem bardzo przyjacielską relację, rozumiemy się, podobnie czujemy. A dzięki wspólnej pracy przy tym spektaklu mamy czas pobyć ze sobą tak po prostu, coś czego brakuje nam bardzo na co dzień.

Z punktu widzenia osoby postronnej dorastanie w rodzinie artystycznej, z wybitnymi aktorami wydaje się być czymś niesamowitym, ekscytującym. A jak faktycznie jest?

Moi rodzice są wyjątkowymi osobami, czasem trudnymi, bo są artystami wielkiego formatu, niezwykle wymagającymi wobec siebie, innych, świata. Stawiają poprzeczkę bardzo wysoko zarówno w życiu jak i na scenie. Miedzy nami jest duża przyjaźń, nie mówiąc już o miłości. Lubimy pracować ze sobą.

Reżyseria Panią pociąga?

Bardzo. Zawsze jak coś takiego zrobię, to mówię, że zajmę się tylko reżyserowaniem, ale to nieprawda, bo z radością wracam na scenę.. W zeszłym roku wiosną, wspólnie z grupą teatralną Sztuka Ciała zrobiliśmy autorskie przedstawienie „Wdech, wydech”, które było czymś zupełnie nowym dla mnie pod każdym względem. Nie tylko przez wymogi formalne, bo sztuka miała być skierowana do młodzieży od 13 do 17 roku życia, miała być grana wszędzie tzn. na salach gimnastycznych, w szkołach, w ciągu dnia, ale i charakteru pracy. Udało nam się stworzyć piękne przedstawienie, które zjeździło mnóstwo szkół i miejsc w całej Polsce.

Lubi to Pani.

Tak! Udało nam się stworzyć nasz język opowiadania. Szuka Ciała która zajmuje się teatrem ruchu, abstrakcji spotkała się z moim doświadczeniem teatru klasycznego, rodzajowego. To było wspaniałe doświadczenie.

A kiedy odkryła Pani w sobie zainteresowanie reżyserią?

Pierwszy raz w 2010 r. To były początki Och-Teatru. Z dnia na dzień okazało się, że nie możemy zrobić przedstawienia, do którego byli już zaangażowani aktorzy. Mieliśmy tydzień, żeby znaleźć dla nich inny tekst. To był trudny czas, żałoba narodowa, odwołane spektakle, dziura finansowa, koszmar. Wtedy mama postanowiła wznowić przedstawienie „Biała bluzka”, więc tym samym nie mogła podjąć się reżyserii jakiegokolwiek innego spektaklu. Pamiętam jak siedziałyśmy nad stosem tekstów, wertując sztuki na trzy aktorki i aktora. Znalazłyśmy w końcu tekst polski „Zaświaty, czyli czy pies ma duszę” – komedię ( autor Jerzy A Masłowski). Wyreżyserowałam ją.

Ma Pani żyłkę menadżera w sobie?

Myślę, że tak. Prowadzenie Och-Teatru dużo mnie nauczyło, to piękny czas, przecież udało nam się stworzyć wyjątkowe miejsce. Miałam świetnych ludzi wokół siebie, stworzyliśmy wspaniały teatr, który pięknie się rozwija.

A teraz ucieka Pani z Warszawy do Krakowa ?

Tak się złożyło. Jestem tzw. wolnym strzelcem, więc gdy dostaję dobre propozycje, to je biorę.

Już się Pani zaaklimatyzowała?

Bardzo, w Krakowie odpoczywam. Gram w Teatrze Stu – Dobrójską w „Ślubach panieńskich”, poza tym w spektaklu „Trucizna” i kolejna trzecia rola w „Boże mój”, którego przedpremiera już w marcu.

A czy widownia krakowska różni się od warszawskiej?

Podobno bardzo się różni, ale ja nie umiem tego ocenić. Ostatnio grając spektakl „Śluby panieńskie” zauważyłam w pierwszym rzędzie czterech uśmiechniętych, zachwyconych dominikanów albo jezuitów. Szczerze mówiąc, w Warszawie w teatrze czegoś takiego jeszcze nie widziałam.

A lubi Pani grać w spektaklach wierszem?

Oczywiście i to bardzo. Wiersz to wyzwanie, to jest dyscyplina.

Której się pani poddaje?

(śmiech) Taką dyscyplinę lubię. We współczesnej literaturze pozwalamy sobie na pewną dowolność, otwartość. Grając, uruchamiamy pewne swoje przyzwyczajenia, sposoby, maniery a wiersz rządzi się swoimi żelaznymi prawami, nie pozwala na dowolność. Wiersz jest jak utwór muzyczny, w którym rytm, fraza, akcent ma niebagatelne znaczenie.

Czy trudniej wtedy się gra?

Tak, ale jak jest świetny wiersz, jak w przypadku Fredry w „Ślubach panieńskich”, to jest to czysta rozkosz. Wystarczy tylko się na nim oprzeć, zaufać mu.


fot. arch. artystki

Lubi Pani klasykę?

Marzę o wielkiej literaturze na scenie. Wie pani, jakie mam największe marzenie? Zagrać antyk np. „Medeę”, „Fedrę”. Jestem na to gotowa.

Pięknie Pani powiedziała: jestem gotowa

Bo tak czuję. Tylko kto teraz robi antyk, w sposób, który ja bym chciała?

To znaczy?

W zgodzie z nim, nie wbrew niemu, nie naginając go do interpretacji reżysera.

To może sama powinna go Pani wyreżyserować?

O nie! Reżyserować i grać zarazem, bałabym się bardzo, to za dużo. Mam wrażenie, że zatraca się wtedy obiektywność i trudno złapać dystans. Na to nie jestem jeszcze gotowa.

A na tzw. prawdę na scenie?

(śmiech) Często reżyserzy używają tego określenia, mianowicie: że coś ma być prawdziwe.

I co to znaczy?

No właśnie: co to znaczy? Teatr jest przecież jednym oszustwem, mistyfikacją, sztucznością. Nie używam określenia „prawda”, wolę mówić, że coś jest „prawdopodobne”. Używam go, gdy mówię o teatrze, o budowaniu postaci, że coś jest prawdopodobne, a nie prawdziwe.

Bo tak jest bezpieczniej?

Nie, bo to jest prawdą (śmiech).

Odwiedza Pani teatry w charakterze widza?

Tak, bardzo lubię chodzić do teatru, ale nie mam niestety czasu. Znam kolegów, którzy nie znoszą chodzić do teatru i oglądać innych aktorów, wolą grać. Ja mam inaczej.

A chodzi Pani na aktorów czy na sztuki?

Różnie, czasem zainteresuje mnie tytuł, czasem aktor, reżyser.

Czyli nie narzeka Pani na brak pracy?

Absolutnie nie. Dużo się wydarza. Zaczęłam sezon intensywnie „Trucizną” w Teatrze Stu, potem był „Beginning” w Teatrze Warsawy w reżyserii Adama Sajnuka. „Boże Mój!”, a za chwilę „8 Kobiet” w Ochu w reżyserii Adama Sajnuka, znowu! Kolejne moje marzenie się spełniło.

To znaczy?

Bardzo chciałam zagrać Laurę w spektaklu „Beginning”.

Bardzo odważny, nie wiem czy na mentalność Polaków.

To prawda. Wiele osób powiedziało mi, że jest trochę za wcześnie na ten spektakl. Znam mnóstwo kobiet sukcesu, które są silne, niezależne, spełnione i nagle w wieku 40+ orientują się, że coś przeoczyły. Kiedy Adam Sajnuk przeczytał ten tekst, powiedział: róbmy to szybko, bo to jest o wielu naszych przyjaciołach – kobietach i mężczyznach. W tym spektaklu są, jak to Adam nazywa, dwa wzory ludzkich zachowań czasów współczesnych. To trudny, profetyczny spektakl i cieszę się, że go zrobiliśmy. Mam nadzieję, że zmusi do refleksji wiele osób.

A do filmu chciałaby Pani wrócić?

Bardzo. Ale jakoś nie mam żadnych propozycji filmowych.

Zapomnieli o Pani?

Myślę, że nie daję o sobie zapomnieć (śmiech). Nie wiem, jak to się dzieje, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Może jest taka różnica miedzy światem filmu a teatru, że on się tak jakoś reżysersko nie łączy? A nie ma pani wrażenia, że filmy polskie kręci się w jednym towarzystwie? Nie odróżniam czasem plakatów filmów, grają ci sami aktorzy. Może to się jeszcze zmieni.

Na przykład?

Wierzę, że przyjdą nowi ludzie, którzy są pokoleniem mojej najstarszej córki i nastąpi zmiana, nie tylko w sposobie tworzenia ale i mentalności.

Wierzy Pani w przypadek?

Mam 43 lata i jestem przekonana o tym, że wszystko co nam się wydarza dzieje się po coś Życie generalnie jest trudne, beznadziejne i strasznie trzeba się napracować, żeby mieć chwile szczęścia i spełnienia. Jeśli przyjmuje się taką optykę, człowiek przestaje być roszczeniowym i dzięki temu nie rozczarowuje się tak często. Zapytano mnie kiedyś, czy jak wielu z nas mam pretensje o coś do rodziców. Ha, ha, miałam i mam – za to, że pokazywali mi świat i mówili, że jest piękny i że życie jest fantastyczne. A to jest bzdura. Życie nie jest piękne, ludzie w większości nie są dobrzy, czasem się zdarzają i raczej jest gorzej niż lepiej. I z tej perspektywy miło jest zaskoczyć się czasem światem i ludźmi.

Wydaje mi się, że zawód aktora wymaga dobrej kondycji psycho-fizycznej. Czy są jakieś sposoby na utrzymanie dobrej formy, sprawdzone przez panią metody?

(śmiech) Sama nie do końca wiem jak utrzymać dobrą kondycję fizyczną, bo od dwóch lat nie mogę schudnąć. Wiem, że jestem w takim wieku, że muszę coś ze sobą zrobić, ale nie lubię biegać, ćwiczyć. Na razie trzyma mnie w formie fakt, że mieszkam na ostatnim piętrze bez windy (śmiech). My aktorzy musimy dbać nie tylko o zdrowie fizyczne, ale i psychiczne. To, jak gramy, odzwierciedla nasz stosunek do świata i ludzi. Jeżeli lubimy ludzi, świat, to od razu widać to na scenie. To niezwykle ważne, aby znaleźć balans, wewnętrzną równowagę w sobie.

Złapać oddech?

To jest najważniejsze. Dosłownie i w przenośni. W domu i na scenie. Oddech w trakcie grania jest niezwykle ważny. Mój ojciec zawsze mówi do mnie przed premierą: oddychaj i myśl. I tego się trzymam nie tylko w aktorstwie, ale i w życiu.



Źródło: Prosto o Muzyce