Furie terribili… – muzyka baroku w Muzeum Narodowym
20 września 2019
Operowe przeboje na inaugurację 75. sezonu Opery Śląskiej
4 października 2019

Katarzyna Głowicka: Naszą materią jest czas


Dziś wieczorem (27 września) rozpocznie się festiwal „Sacrum Profanum”. Premierowo zostanie na nim wykonany utwór Katarzyny Głowickiej „Farewell River”. Z kompozytorką nie tylko o jej dziele rozmawiał Wojciech Pietrow.

Wojciech Pietrow: Gdy słucham Pani utworów, to czasem czuję, jak głęboko potrafią dotknąć swym dźwiękiem. Innym razem skupiam się na brzmieniu danego instrumentu i analizuję je. Czasami w prosty sposób ta muzyka kojarzy mi się z deszczem, szumem wiatru – kontestuję ten klimat. A co Pani chce, by człowiek przeżywał, myślał, gdy słucha Pani utworów?

Katarzyna Głowicka: Cieszę się, że ma pan takie doznania, słuchając mojej muzyki. Piszę dla tych, którzy czują głęboko i emocjonalnie, i to przeżywanie sztuki jest dla mnie najważniejsze. Chcę pozwolić słuchającym odczuć i dotknąć czegoś, co nie jest materialne, nieoczywiste. To dotknięcie innych, niecodziennych wrażeń i wartości, mam taką nadzieję, ubogaca.

Właśnie tego mogą się spodziewać słuchacze po „Farewell River” na „Sacrum Profanum”?

Tak. Będzie to utwór z jednej strony wymagający od akordeonistów, jak i od słuchaczy skupienia, ciągnięcia frazy, a z drugiej – to rodzaj medytacji, która płynie swobodnie i naturalnie jak rzeka. Osiąga dalsze głębie i przestrzenie. Jest to taka zachęta do wtopienia się w czas tu i teraz.

Co Pani daje tworzenie muzyki?

Poza kontaktem z innymi ludźmi, dotarciem do bratnich dusz, daje mi spokój. Przez cały okres mojego życia była ona odskocznią od problemów życiowych. Tworzenie muzyki jest jednym z najwspanialszych ćwiczeń, które rozwija wszelkie zdolności umysłowe człowieka.

Myśli Pani, że muzyka, którą Pani tworzy, działa podobnie na autora jak na odbiorców?

Bardzo trudno mi to ocenić. To jest rodzaj odważnego obnażania się, wyjścia do ludzi z czymś bardzo osobistym i delikatnym. Nigdy nie wiem, jaki do końca będzie efekt, ale myślę, że dlatego to ma większą wartość. To nie są wyrachowane kroki – nie zawsze wiem, co jak zadziała. To jest propozycja, która z tego, co widzę, działa na ludzi… Trudno powiedzieć czy tak samo jak na mnie, ale w każdym razie działa pozytywnie.

Czy praca nad elektronicznym dźwiękiem, modelowanie go zabiera jakiś czar z tworzonej muzyki, sprawia, że nie jest sacrum, ale profanum – czymś ziemskim, mechanicznym?

Taki proces tworzenia ma swoje pozytywy i negatywy. Do pozytywów zaliczyłabym to, że w jakiś sposób ta materia jest bardziej giętka. Nie mam przy sobie całej orkiestry smyczkowej, jak tworzę – muszę ją sobie wyobrażać, a w elektronice mogę to zrobić znacznie szybciej. Choć jest to i negatyw, bo jeżeli tworząc tę muzykę pójdzie się na łatwiznę… Powiedzmy… Robię pewną frazę i odtwarzam ją na okrągło, wciąż ją przerabiam. Moja wewnętrzna wyobraźnia muzyczna przestaje wtedy działać, bo to już dźwięk elektroniczny podaje rozwiązanie, a nie ja. Można tak zabić wrażliwość. Próbuję materię muzyczną nagiąć do mojej wyobraźni, a nie do tego co „serwuje” mi maszyna.

Dla wielu laików muzyka elektroniczna, współczesna może się zdawać czymś dziwnym, może przerażać i odpychać. Gdy ludzie słuchają utworów homofonicznych i osadzonych w harmonii funkcyjnej, odrzucają wszystko, co pojawiło się później. Jak Pani myśli, co spowodowało, że współczesna muzyka jest dla niektórych dziwna, brzydka, bez sensu? To coś więcej niż zmiana harmoniki?

Po pierwsze musimy sobie uświadomić, że 300–400 lat temu muzyka była wykonywana na żywo, nikt nie miał możliwości jej odtworzenia. Wtedy była to też muzyka nowa, a nie „dawna”, jak ją dzisiaj nazywamy. Słyszałam przykład, że Brahms musiał pisać co pół roku nowe symfonie, bo jak zadyrygował poprzednią, np. sprzed sześciu miesięcy, to była już dla słuchaczy „za stara”. Podobnie dzisiaj wygląda sytuacja filmu, który jest dość nową dziedziną sztuki. Nowe filmy nadal są dla nas bardziej intrygujące, cała machina sprzedaży i marketingu jest nastawiona na tę właśnie „nowość”. Kiedy spojrzymy natomiast na muzykę współczesną, to zobaczymy, że jest ona marginesem tzw. rynku. To pokazuje, że publiczność nie jest „wyrobiona” – nie zna tego języka i nie jest w stanie tej muzyki zrozumieć.
Po drugie – nowe informacje bardzo nas męczą – to jest fakt natury biologicznej. A kiedy serwujemy słuchaczowi tylko nowości, to jasne, że go to męczy. I znowu – kiedy publiczność nie zna języka, wszystko dla niej jest nowością, prawda?
Dlatego w mojej muzyce można usłyszeć harmonię, ale zatopioną we współczesnym języku. Ważne jest dla mnie, że odnoszę się do „tu i teraz”, ale „tu i teraz”, które nie ma męczyć, ale dać wyobraźni popłynąć.

A czy coś w tej muzyce zostało niezmienne? Rzeczywiście jest ona tak różna od tej sprzed 100, 200 lub 300 lat?

Pewne rzeczy absolutnie się nie zmieniły. Naszą materią wciąż jest czas oraz tworzenie zmiany napięć i dramaturgii. Dźwięk jest wciąż materią muzyczną. To zostało niezmienione. Tak jak w architekturze ciągle budujemy budynki i ciągle potrzebują one dachu, choć może on być nawet ze szkła, tak w muzyce ciągle potrzebujemy tych samych elementów, choć nie koniecznie z tego samego materiału.

Czy przewiduje Pani, że kiedyś muzyka wyjdzie poza czas i dźwięk… Nie potrafię sobie tego wyobrazić… Może Pani potrafi?

Hmmm… Taka muzyka sfer! To piękna wizja. Może to muzyka zapętlona w continuum wszechświata… Może ona już gdzieś jest! My jej nie odbieramy, bo jesteśmy stworzeniami, które mają bardzo ograniczone zmysły, ale on cały czas nas otacza… I my w niej istniejemy, nie zdając sobie z tego sprawy. To rzeczywiście piękna, poetycka wizja, którą być może ludzkość kiedyś zrealizuje, jeśli przetrwamy.

 

 



Źródło: Prosto o Muzyce

Dodaj komentarz