Kameralnie, lecz z rozmachem [Festiwal Muzyka na Szczytach]
11 października 2019
Po raz pierwszy obchodzimy Światowy Dzień Opery
25 października 2019

Konstanty Andrzej Kulka: Nie lubię tylko hałasu


Z Konstantym Andrzejem Kulką o podróżach, mijającym czasie i rozrywce dla mniejszości rozmawia Wojciech Pietrow. Skrzypka będziemy mogli usłyszeć już 21 października w Mazowieckim Instytucie Kultury, gdzie wykona on utwory Karola Lipińskiego. Więcej informacji na temat koncertu znajdziecie TUTAJ

Wojciech Pietrow: W związku z licznymi koncertami artyści muszą dużo podróżować. Jak to wyglądało w czasach PRL? Czy te wyjazdy z kraju były wtedy dla Pana czymś upragnionym, czy mimo wszystko towarzyszyła Panu nostalgia?

Konstanty Andrzej Kulka: Wyjeżdżałem dość często, ale i chętnie wracałem. Do tej pory mi to zostało, że jestem domatorem – cenię i lubię swój dom i jeżeli tylko da się coś skrócić i szybciej wrócić do siebie, to zawsze natychmiast to robię. Oczywiście dawniej tych wyjazdów było dużo więcej, kiedy wygrałem konkurs w Monachium w 1966 r. i zaproszenia się posypały od różnych impresariatów. Za czasów „godnych zapomnienia” system polityczny w Polsce nie za bardzo miał się czym chwalić poza kulturą. Ja miałem to szczęście, że zazwyczaj bez problemu dostawałem paszport… Czasem był problem z wizami. A samego grania miałem bardzo dużo i był to dla mnie trudny okres, bo jako młody człowiek nie miałem jeszcze tak dużego repertuaru i musiałem bardzo szybko uczyć się wielu nowych pozycji. Sam się dziwię, jak przez to przebrnąłem.

Jak dzisiaj wygląda to „życie na walizkach”? Problem z przekraczaniem granic jest coraz mniejszy, podróżujemy szybciej, łatwiej. Czy paradoksalnie coś się zmieniło na gorsze? Może brakuje czegoś w tych szybszych podróżach?

Zmieniło się na gorsze wiele rzeczy. Na przykład: dawniej impresariowie to byli ludzie, którzy poza tym, że byli biznesmenami, to kochali sztukę, czasami byli muzykami. Teraz jest to oparte wyłącznie na biznesie, kontaktach i innych zależnościach. Nie jest to jednak dla mnie wielki problem i nie męczą mnie te wyjazdy, których zresztą nie mam aż tak wiele. Teraz mam czas na odpoczynek, na nauczanie. Zresztą – jak jest jakieś ciekawe zaproszenie, to chętnie gram, a jeśli nie ma, to bardzo chętnie odkładam skrzypce na szafę i nie patrzę w ogóle w ich kierunku.

Czy te wyjazdy, trasy koncertowe w pewnym momencie nie zaczynają nudzić? Zawsze przecież łatwiej nagrać płytę w studiu.

Tak… Ale muzyka na żywo to nie jest to samo co nagranie. Poza tym rynek nagraniowy jest bardzo nasycony. Oczywiście nagranie można zawsze powtórzyć, poprawić, natomiast granie na żywo ma swoją atmosferę, ma coś, czego na płycie bardzo często brakuje. Uważam, że kontakt z publicznością jest bardzo ważny, zwłaszcza że wyczuwa się tak zwane fluidy ze strony publiczności – czuć, kiedy chce słuchać, a kiedy nie, kiedy jest zła, kiedy dobra. Jest to znacznie bardziej ciekawe, bo wszystko w takim wykonaniu jest ważne – akustyka sali, samopoczucie, zdrowie… Jest to mimo wszystko trudniejsze niż nagranie płytowe.

Gdzie kultura wysoka jest bardziej rozchwytywana: w Polsce czy za granicą?

Wydaje mi się, że jest to kryzys, który dotyka nie tylko Polski, ale i innych krajów. Pamiętam, że kiedyś grałem bardzo dużo koncertów w Niemczech – jest to kraj, w którym muzyka jest bardzo ceniona, wszyscy w szkołach trąbią, grają na fletach prostych, śpiewają. Tam również zaczyna się dziać mniej ciekawie. My narzekamy, że w naszej telewizji muzyka poważna prawie w ogóle nie istnieje. Tak samo zaczyna się dziać w Niemczech. Dotyczy to wielu krajów. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale jest to dla mnie trochę smutne.

Pana córka tworzy muzykę inną od tej wykonywanej przez Pana, ale czy zdarza się Państwu rozmawiać o swoich muzycznych światach? Czy słuchają Państwo nawzajem swoich nagrań?

Oczywiście tak i wielokrotnie o tym rozmawiamy. Córka słucha dużo muzyki klasycznej, jest na przykład miłośniczką Prokofiewa. Uważam, że utwory przez nią komponowane są bardzo ciekawe i po prostu świetne, aczkolwiek jej twórczość jest skierowana do określonej grupy słuchaczy. Zresztą jeśli chodzi o tak zwaną muzykę klasyczną, to również jej odbiorcami jest od 2 do 3 proc. społeczeństwa.

A czy zdarza się Państwu oceniać siebie nawzajem?

Bardzo często razem z żoną, która też jest muzykiem, słuchamy tego i dzielimy się swoimi wrażeniami, co można by było poprawić. Córka bardzo chętnie tych rad słucha, choć muszę przyznać, że jest całkowicie samodzielna, robi wszystko sama. Opracowała też kilka utworów z towarzyszeniem skrzypiec i parę razy występowaliśmy wspólnie w wielu filharmoniach i na festiwalach. Kiedyś w gazecie przeczytałem: „Wystąpi Konstanty Andrzej Kulka, światowej sławy skrzypek na recitalu takim i takim”, a później w nawiasie dla jasności „ojciec Gaby Kulki” – to mnie bardzo ucieszyło.

Co daje takie spotkanie się z muzyką drugiej osoby? Czy to poszerza horyzonty?

Dla mnie jest to po prostu ciekawe. Zresztą ja nie jestem wrogiem muzyki rozrywkowej. Lubię słuchać muzyki pod jednym warunkiem – że nie jest prostacka. Lubię takich wykonawców jak Sting, Phil Collins. Miałem też całą kolekcję nagrań grupy Blood Sweat & Tears. Nie jestem z tym na bakier. Nie lubię tylko hałasu opartego na trzech funkcjach harmonicznych.

Niedługo minie 60 lat od Pańskiego pierwszego koncertu. Zamierza Pan może hucznie obchodzić jubileusz?

Nie… Dużo czasu minęło… To był mój pierwszy samodzielny koncert. Stąd moje zmartwienie, że to już tyle lat, a kiedyś trzeba skończyć. W każdym razie wiem, że jeżeli zacznę grać naprawdę źle, to przerywam tę grę. Nie lubię na ogół obchodzić rocznic, bo to właściwie złe wydarzenie uświadamiające, że czas szybko leci.

A z drugiej strony, że ktoś pamięta.

No tak… Być może…



Źródło: Prosto o Muzyce

Dodaj komentarz