Marcin Wasilewski Trio ogłasza nowy album „Arctic Riff”
19 kwietnia 2020
Niedziele online z Mieczysławem Karłowiczem w PWM
21 kwietnia 2020

Haters gonna hate [recenzja filmu Jana Komasy]

Obsesyjna miłość, pieniądze i chęć zemsty w czasach internetu. Tematy zawsze aktualne, na polskim gruncie już opowiedziane, ale jeszcze nigdy tak dosadnie.

Tomek Giemza (Maciej Musiałowski) zostaje wyrzucony ze studiów prawniczych po tym, jak dopuszcza się plagiatu w pracy semestralnej. Nie mówi o tym swoim mecenasom – wpływowej rodzinie Krasuckich (Danuta Stenka i Jacek Koman), lecz postanawia utrzymywać z nimi dobre stosunki z powodu ich córki Gabi (Vanessa Aleksander), w której skrycie się podkochuje. Podczas jednej z imprez wyjawia Gabi powód wydalenia ze studiów, tracąc tym samym zaufanie całej rodziny. W międzyczasie Tomek otrzymuje pracę w jednej z najlepszych agencji PR, prowadzonej przez Beatę Santorską (Agata Kulesza), w której prowadzi akcję przeciwko Pawłowi Rudnickiemu (Maciej Stuhr). Na szczęście lub nieszczęście, kampanię polityka aktywnie wspierają rodzice Gabi.

Obsesja – tak mogłabym określić głównego bohatera. Obsesja na punkcie pięknej Gabi, awansowania w hierarchii społecznej z marginesu do stołecznych elit, pracy godnej pozazdroszczenia, podporządkowania sobie wszystkich dookoła. Jest to pierwsza filmowa rola Maćka Musiałowskiego. Z pozoru skromny i sympatyczny obraz Tomali, jaki stworzył aktor, ulega drastycznej zmianie z biegiem akcji. Każde słowo wypowiedziane przez postać Musiałowskiego jest przemyślane i stopniowo kreuje przed nami mistrza manipulacji, który owijając sobie każdego wokół palca, finalnie dostaje to, czego pragnie, porzucając przy tym ostatnie resztki przyzwoitości.

Jan Komasa nie kontynuuje swojej „Sali samobójców”. Jedynym wątkiem łączącym oba filmy jest postać Beaty Santorskiej (Agata Kulesza) – matki zmarłego w „Sali…” Dominika. Tym razem dostaliśmy kolejny, bardzo dosłowny film, komentujący sprawy na czasie, którymi są powszechne oczernianie innych w internecie i nieczyste zagrania członków komitetów wyborczych. Przyznam szczerze, że nie byłam fanką pierwszego filmu tego reżysera, nie rozumiałam jego konceptu, realizacji i niektórych pomysłów na rozwiązanie akcji. To, co uderza po obejrzeniu „Hejtera”, to mnogość wątków i postaci, spośród których niektórzy dostali stanowczo za mało ekranowego czasu. Dotyczy to chociażby fitness guru, granej przez Julię Wieniawę, której wątek trwa zaledwie kilka minut, po czym znika. Istnienie internetowych celebrytów i hejt ze strony ich przeciwników jest o tyle interesującym i często obecnym w mediach tematem, że chciałoby się poświęcić mu więcej uwagi. Ogólnie scenariusz tej produkcji jest bardzo oszczędny w słowach. Tutaj ogromna zasługa dobrze przeprowadzonego castingu i świetnych kreacji aktorskich.

Z jednej strony jest to dobry film, idący w kierunku bardzo dobrego. Z drugiej jednak jego seans wywołał u mnie pewnego rodzaju dyskomfort, dziwne uczucie niepokoju, fizycznie też nie czułam się najlepiej. Myślę, że po części to właśnie chciał osiągnąć Komasa – wzbudzić w ludziach negatywne emocje i skłonić do refleksji nad naszym internetowym światkiem. Nie mógł wybrać bardziej odpowiedniego momentu niż ten, kiedy w dobie pandemii jesteśmy skazani na nieustanne przebywanie w domach. Sieć jest jedynym sposobem na bycie „na zewnątrz”, więc łatwiej jest ulec skrajnym emocjom i przelać je na fora i portale. Czy jest to film na nasze czasy? Z pewnością tak. Szkoda, że twórcy nie pokusili się o dłuższy metraż i nie rozwinęli tematu hejtu jeszcze bardziej. Czy czas kwarantanny pomoże ludziom w rachunku sumienia i zmniejszenia ilości wylewanej w internecie żółci na innych? Raczej nie. Może przemawia przeze mnie skrajny pesymizm, może nie widzę w tym temacie światełka w tunelu, ale rzeczywistość pokazała już nie raz obojętność na internetową krzywdę. Może kiedyś sytuacja ulegnie zmianie. Tymczasem – bez względu na dosadność filmów takich, jak Komasy – haters gonna hate.

Kamila Tarnawska

Źródło: Prosto o Muzyce

Dodaj komentarz