Tydzień Tansmana w Filharmonii Łódzkiej online
21 maja 2020
Rusza Warsaw Wind Ensemble Composition Contest 2020
23 maja 2020

Anna Olejarczyk: Ilość zdjęć, które robimy telefonem, jest przerażająca

Anna Olejarczyk to artystka zajmująca się fotografią. Pamiętam – jak przez mgłę już tylko – własne próby fotograficzne sprzed, powiedzmy, pół wieku: ciemnia w łazience – z zakazem wchodzenia do niej dla domowników, kiedy trwała tam praca – powiększalnik Krokus, całkiem spora maszyna, chemia, kuwety i ten moment, kiedy zdjęcie zaczyna pojawiać się w kąpieli… Na hasło „fotografia” reaguję więc instynktownie i emocjonalnie: z zainteresowaniem zaraz spoglądam w tym kierunku. Tak trafiłem na wystawę „Powroty”. Kiedy się dowiedziałem, jak trudna osobista sytuacja była u podstaw tego projektu, od razu wiedziałem, że muszę o niego – i o fotografię w ogóle – kiedyś Panią Anię bardziej szczegółowo wypytać.

Władysław Rokiciński: Czy daje się żyć z fotografowania?

Anna Olejarczyk: Powiedziałabym, że na pewno się da! Bycie fotografem dzieli tę profesję na wiele funkcji, które są określone przez predyspozycje: jeden robi zdjęcia modelkom na okładki czasopism, drugi reportaże z wesel, dla kolejnego będzie to forma artystyczna, możliwości jest wiele.

Jednak nie każdy fotograf-artysta żyje z samego bycia fotografem. Jeśli mówimy tu o fotografii artystycznej, to rzadko idzie ona w parze z zarobkami. Uznanych artystów najczęściej reprezentuje galeria i to ona prowadzi sprzedaż fotografii kolekcjonerskiej. A kiedy chcemy tworzyć sztukę i jednocześnie zarabiać na tym, czego oczekują od nas klienci, dobierając sobie inną funkcję jako fotograf, to jest to cienka granica do tego, że przestanie nam to w końcu przynosić satysfakcję, a kreatywność wygaśnie. Wiele osób gromadzi dochody z innych źródeł. Znam też osoby, które zaczynały od fotografii, a teraz wyrażają się również w innych formach artystycznych. Rozwój ma wiele kierunków.

A co Panią pociągnęło ku studiom fotograficznym?

Nigdy nie była to tylko fotografia. Myślę, że to był kolejny punkt zaczepienia w rozwoju moich przemyśleń artystycznych, choć na początku wyobrażałam to sobie zupełnie inaczej. Ale to dobrze! Cyfrowy obraz szybko przestał mi wystarczać, a fakt, że wraz z rozwojem technologii dobre zdjęcie może wykonać każdy, sprawił, że magia zaczęła umykać. Stąd pojawiła się ciemnia, fotografia szlachetna, chemia i eksperymenty, które miał pan szansę oglądać podczas mojej czerwcowej wystawy.

Tak, poznaliśmy się przy okazji wystawy, która – właśnie, czy dobrze to kojarzę i pamiętam – była powiązana z Pani dyplomem?

Dokładnie tak. Wystawa „Powroty” częściowo była przypisana do mojego dyplomu, który realizowałam na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, w pracowni Zastosowań Fotografii prof. Mariusza Wideryńskiego. Nie było to jednak zamierzone, praca nad projektem trwała około dwóch lat.

W czasie rocznicy, powiedzmy, bitwy pod Grunwaldem pojawiają się grupy rekonstrukcyjne, starające się odtworzyć np. strój i uzbrojenie rycerstwa z tamtych czasów. Czy zastosowaną przez Panią na potrzeby tamtej wystawy technikę fotografii też można by nazwać rekonstrukcją historyczną?

Myślę, że można tak to porównać. Technika zaprezentowana podczas wystawy to cyjanotypia. A raczej moja receptura, którą stworzyłam, wychodząc od przepisu na cyjanotypię i przeprowadzając niezliczoną liczbę prób oraz eksperymentów. W skład wystawy wchodzi sześć obrazów 1,4 x 2 m oraz film 1’10’’ wywoływany klatka po klatce, za pomocą promieni słonecznych. Jeden z obrazów wywołałam za pomocą konstrukcji z lamp z żarówkami UV. Proces jest czasochłonny i nieprzewidywalny, nałożona chemia schnie na dużej płaszczyźnie klika godzin, a słońce potrafi zmienić moc swojego świecenia kilka razy w ciągu kilkunastu minut. Nie ma tutaj szans na stworzenie próbek, nie są one nigdy adekwatne, więc trzeba liczyć na własne wyczucie. Zdjęcia o tak dużych rozmiarach są jedyne i niepowtarzalne, a więc i nie do podrobienia. Przy małych formatach wielość kopii nie jest problemem.


Proces wywoływania zdjęcia, fot. Gniewko Ludwikowski

To czasochłonna technika?

Jednego dnia jest szansa na powstanie jednej tak dużej pracy. Należy przygotować odpowiednio podłoże, chemię, negatyw, szyby i wiele innych elementów. Trzeba to naprawdę lubić. W końcu w ten sam sposób wywołałam także film, więc można policzyć, ile odbitek wyszło, jeśli na jedną sekundę składa się 25 zdjęć… Jednakże cały projekt napawa mnie dumą, okazało się, że moje zdjęcia są najprawdopodobniej największe w Polsce, a podczas wernisażu udało się zebrać dużo pieniędzy dla jednej z bohaterek projektu. Poza atrakcyjną formą wizualną skupiam się w projekcie nad problemem społecznym, związanym z powrotem osób do rzeczywistości po bliskim kontakcie ze śmiercią. Wspierały mnie fundacje, takie jak: Fundacja Akogo? Ewy Błaszczyk, Fundacja Dzieciom Pomagaj i Stowarzyszenie Unicorn. I to jest dla mnie niezwykle ważna kwestia w kontekście tej wystawy.


fot. Monika Bryk

Właśnie: powrót do rzeczywistości po bliskim kontakcie ze śmiercią… To także Pani doświadczenie, prawda? Stąd wyczucie tematu i potrzeba angażowania się w akcje społeczne na rzecz osób potrzebujących pomocy?

Sztuka sama w sobie jest dobrym sposobem na poradzenie sobie z trudnymi tematami albo po prostu na zmierzenie się z problemem. Dzięki temu, że zaczęłam poznawać osoby, które miały podobnie jak ja, mogłam pozwolić sobie na więcej niż jedną perspektywę. Cała historia jest długa i jest zbiorem odpowiedzi na to, co się pojawiało w moim życiu, a także na potrzeby ludzi, których spotykałam. Bo to oni są tym projektem, którego forma końcowa pojawiła się wraz z procesem jego powstawania; na początku nie miałam założenia, że będą to zdjęcia czy wideo, to musiało się dostosować do potrzeb, które napotykałam. Byłam po prostu obserwatorem.

Ale zaczęło się od Pani choroby…

Po walce z nowotworem byłam w śpiączce i to ją początkowo potrzebowałam najbardziej zrozumieć. Fotografia pomogła mi w moim procesie rekonwalescencji. Kiedy się obudziłam, okazało się, że zupełnie nie rozpoznaję swoich aparatów; robiąc zdjęcia w szpitalu, stopniowo przypominałam sobie swoją profesję. Tak zaczęłam poznawać osoby: chore onkologicznie, po wypadkach, wybudzone ze śpiączki, po utracie kogoś bliskiego… Zrozumiałam, że dla każdego z tej nieformalnej grupy społecznej, która mi się nakreśliła, największą trudnością nie jest otrzymana diagnoza, męcząca droga przebyta w chorobie, rehabilitacja itp. Najtrudniejszy jest powrót do uznanego przez wszystkich świata, który przecież pamiętamy, ale jakby już tylko przez mgłę. Późniejsze życie bez choroby wcale nie jest łatwiejsze od życia z nią. Najpierw zmieniamy i dostosowujemy wszystko dotychczasowe do tej jednej, tak absorbującej sytuacji, a w końcu pojawia się wyczekiwany przez wszystkich koniec – i nagle jest moment zawieszenia. Rodzi się wiele pytań. Co teraz? Są wątpliwości: czy na pewno? Zapomnieć i spróbować żyć bez tego – tak istotnego – rozdziału w moim życiu? Czy zacząć wszystko od nowa? I właśnie o takich emocjach jest mój projekt.


Anna Olejarczyk, zdjęcia zrobione w szpitalu

Czy ten projekt – te Pani „Powroty” – trwa, tak to mam rozumieć? W jakiej formie będzie nam, widzom, dane dalej go oglądać?

Nawet jeśli nie będzie miał bezpośredniej kontynuacji, to z pewnością on gdzieś nadal się rozwija. Z moimi bohaterami jestem w stałym kontakcie, a oni sami ze swoimi historiami są tym przedłużeniem. Obecnie wybieram podobne kierunki: udzielam się społecznie, współpracuję z chorymi na nowotwory i z lekarzami; naprawdę to lubię i myślę, że przez pryzmat podobnych doświadczeń, ten świat jest mi po prostu bliski i rozumiem go.

Jeśli chodzi o kierunek, to wyrażam się artystycznie nie tylko za pomocą fotografii, dostosowuję formę, do tego, co chcę pokazać. Mam nadzieję, że niebawem będę mogła pochwalić się kolejnymi krokami.

Wracając do technik fotograficznych: czy jest teraz tylko moda na to, czy też dawne techniki robienia zdjęć i ich wywoływania mają jakieś zalety, które współczesne technologie utraciły? Albo poświęciły na rzecz czegoś innego?

Też zauważyłam, że coraz więcej osób sięga po aparaty analogowe! Myślę, że ma to wiele zalet: bardziej świadome wybieranie kadru lub momentu na zdjęcie – poprzez ograniczenie na kliszy liczby możliwych ujęć – urok tajemnicy aż do momentu wywołania zdjęcia czy też po prostu możliwość ładnej oprawy po zeskanowaniu. Analogia daje szansę na obejrzenie wszystkich zdjęć z wakacji!

Dużo mniej z tych osób samodzielnie pracuje w ciemni – jest to czasochłonne, a finansowo mało opłacalne. Co do technik szlachetnych, obecnie jest naprawdę niewiele osób, które się w tym specjalizują. Czasem jeszcze uda się znaleźć jakiś kurs albo dostać do ostatnich pracowni z tego typu usługą na uczelni.

Czy w naszym kraju istnieje rynek fotografii? Mam tu na myśli konfrontację popytu i podaży w takim rozumieniu, w jakim mówi się o rynku sztuki: sprzedaży i nabywaniu obrazów.

Na rynku sztuki można sprzedać w zasadzie wszystko. Istnieje taki termin, jak fotografia kolekcjonerska, niemniej jednak nie jest to popularne zjawisko. Ale tak, odbywają się aukcje fotograficzne, są to głównie artyści już z pewnym statusem na rynku sztuki, jeśli żyjący, to najczęściej reprezentowani przez konkretne galerie, które zajmują się produktem fotograficznym. Przykładem jest Leica 6×7 Gallery w Warszawie, tam bezpośrednio można zakupić fotografie uznanych artystów.


Anna Olejarczyk, fotografia w ramach wystawy „Powroty”, fot. Wiktor Franko

Instagram podobno przejmuje pałeczkę w mediach społecznościowych od Facebooka. Mamy złotą erę fotografii? Wracamy do zapisu obrazkowego?

Social media ciągle zmieniają formę, Instagram to tylko kolejny portal do kreowania siebie, z pewnością będzie i następny. Ilość zdjęć, które robimy telefonem jest przerażająca. Mało kto prowadzi teraz albumy fotograficzne, a nawet foldery na dyskach z cyfrowym zapisem zdjęć. Najczęściej one przepadają, zapominamy o nich, sama fotografia zmieniła swoją wartość. Takie portale, jak Instagram pozwalają na ich zapis, a także na posiadanie odbiorcy. Codzienne zdjęcia możemy wrzucić na dobę w tzw. relacji, a to zupełnie wystarcza na uporządkowanie wspomnień czy po prostu zwrócenie czyjejś uwagi. Proszę mi jednak wierzyć, że przy przewijaniu tych zdjęć nie spędzamy nad nimi ani jednej sekundy, nieczęsto zapamiętujemy jakiś obraz, przebodźcowanie jest ogromne! Stąd też, jeśli prowadzimy profil firmowy, musimy wytwarzać naprawdę dużą liczbę obrazów, by liczba kliknięć się zgadzała. Może stąd ta masowość i „złota era”, o której pan mówi?

A propos: na Facebooku mam już takie stare zdjęcie… Będzie Pani tak miła i zrobi mi nowe? Musi tylko ten czas „udomowienia” się skończyć.

Z miłą chęcią!

 

 

Źródło: Prosto o Muzyce

Dodaj komentarz