Opery na pandemię | Prostoomuzyce
19 czerwca 2020
Krakow Film Festival: Fear of Growing Up Study
22 czerwca 2020

Hollywood jest polskie! [rozmowa z Pawłem Ferdkiem na KFF]

Hollywood stworzyli polscy Żydzi. Kinematograf wynalazł Polak. Pierwsze kina zakładał Polak. Samuel Goldwyn i bracia Warnerowie to Polacy, tak samo jak i Pola Negri. Książka „Pollywood” Andrzeja Krakowskiego stała się inspiracją dla autora dokumentu o tym samym tytule, który postanowił wyruszyć w podróż, aby spełnić własny „American dream”. Z Pawłem Ferdkiem rozmawia Maja Baczyńska.

Pollywood” otrzymało wyróżnienie w Konkursie Polskim na 60. Krakowskim Festiwalu Filmowym, który swój jubileusz z powodu pandemii święcił online. Jakie opinie o Twoim filmie przeważały po festiwalu? Miałeś okazję rozmawiać z jurorami, widzami?

Przyznam, że większość była entuzjastyczna.

Nie brakowało Ci kinowych seansów? Słychać i widać wówczas reakcje widzów, komentarze są spontaniczne… Choć znowu może nie zawsze tak szczere, jak zdarzają się w internecie.

Oczywiście, liczyłem na pokaz, który będzie jakimś wspólnym przeżyciem moim, ekipy i odbiorców. Niemniej forma pokazu online spotkała się z ciepłym przyjęciem, bo ludzie się ucieszyli, że w trudnym czasie w ogóle udało się coś takiego zrobić.

W uzasadnieniu jury napisano, że wyróżnienie przyznano za „wielobarwną podróż w krainę filmowych snów i nadzieję, że wszystko jest możliwe”. Uważam, że Twój film nie jest aż tak optymistyczny. Z jednej strony słyszymy, że najważniejsze to nie rezygnować z własnych marzeń, z drugiej strony czasy „moguli”, czyli ludzi sukcesu, polskich Żydów znad Wisły, którzy zakładali Hollywood, już minęły. Nie jest łatwo zacząć karierę od zera na amerykańskim gruncie. Jest już inaczej niż ten wiek temu…

Tak, wtedy gra toczyła się o zupełnie inną stawkę. Przemysł filmowy dopiero powstawał, tamci ludzie byli pionierami i to był szczęśliwy moment.

I poza wszystkim walczyli – nieraz w bardzo sprytny sposób – o przetrwanie…

Teraz rynek jest niesłychanie nasycony, konkurencja ogromna. Na miejscu, w LA, moje odczucia były takie, że zostały jakieś „okruchy” z tego wszystkiego, co było kiedyś. Jednak w trakcie realizacji filmu moja perspektywa się zmieniała. Zrozumiałem, że nie jest ważne to, co na zewnątrz, ale to, co masz w sobie. Trzeba robić swoje i korzystać z infrastruktury, którą już zbudowano i działa.

No tak, szlaki już przetarte, znamy pewne mechanizmy i narzędzia. Czy znajdujesz w sobie cechy wspólne z mogulami, czy wręcz przeciwnie, wiele Was różni? Tak od strony czysto ludzkiej, nie pytam oczywiście o ścieżkę zawodową, dziś kontekst branżowy jest inny.

Wydaje mi się, że generalnie ludzie, którzy biorą się za robienie filmów, są obdarzeni specyficznymi cechami i są bardziej skłonni do ryzyka niż inni. Choć, co istotne, mogule byli producentami, a ja jestem reżyserem, więc analogia nie jest prosta. Łączą nas natomiast duch przygody, desperacja, chęć kreowania przestrzeni.

Zanurzyłeś się bardzo głęboko w swoim filmie, jesteś zarazem jego bohaterem. Ta decyzja chyba nie przyszła od razu? Nie jest łatwo być jednocześnie „za” i „przed” kamerą…

Doszedłem do wniosku, że nie chcę zrobić filmu stricte historycznego. Mnie pociągała energia ludzi, o których opowiadałem. Chciałem zrobić film przygodowy w duchu kina drogi. Miałem do dyspozycji siebie. Z początku sądziłem, że jedynie będę wprowadzał widza w amerykański świat, a tu nagle, ku swemu zaskoczeniu, odkryłem, że muszę stać się bohaterem. Nigdy wcześniej nie występowałem w takiej roli. A tu była ono dodatkowo podwójna, bo musiałem jeszcze całość reżyserować. To było karkołomne zadanie – dobrze wypaść za kamerą i jeszcze być kompetentnym reżyserem.

I jeszcze wypaść w każdej z tych ról naturalnie! Będąc bohaterem, dobrze jest o kamerze zapomnieć, a Ty przecież o niej zapomnieć nie mogłeś, miałeś w głowie, że kręcisz film i musisz podejmować decyzje na bieżąco. Podziwiam. Czy ta produkcja zmieniła coś w Twoim spojrzeniu na kino i w Twojej sytuacji zawodowej?

Na pewno dużo się nauczyłem, robiąc ten film, bo był bardzo trudny do realizacji, jeśli chodzi o jego formę. Dał mi też świadomość, jak szeroko można planować przedsięwzięcia.

A jak odebrałeś podczas kolejnych wyjazdów Stany?

Mój stosunek do nich się zmieniał. Wcześniej miałem wyobrażenie Los Angeles i całej Kalifornii, które ukształtowały we mnie kino, muzyka, kultura i popkultura… Sądziłem, że ludzie stamtąd są wyniośli. Jednak kiedy już wniknąłem w pewne kręgi towarzyskie, moi rozmówcy okazali się przystępni i życzliwi.

Czy utrzymujecie kontakt wirtualnie?

Z niektórymi tak, ale na razie czekamy na amerykańską premierę filmu…

Źródło: Prosto o Muzyce

Dodaj komentarz