Ujarzmić, co niewytłumaczalne [płyta De invitatione mortis Andrzeja Karałowa]
12 czerwca 2020
Przeszłość nie znika [„Zwyczajny kraj” na KFF]
14 czerwca 2020

Studium lęku przed dorastaniem [„Autoportret” na KFF]

W tym roku podczas 60. Krakowskiego Festiwalu Filmowego online Jury Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych (FIPRESCI) w składzie: Jan Storø (Norwegia), Jihane Bougrine (Maroko) i Nachum Mochiach (Izrael) przyznało nagrodę twórcom z Norwegii za dokument, po obejrzeniu którego trudno się otrząsnąć…

Jego autorzy mają na swoim koncie produkcje filmowe cieszące się sporą popularnością, w tym teledyski, niektórzy też doskonale znali główną bohaterkę, dzięki czemu mieli możliwość stworzenia dzieła wnikliwego, intymnego i niebanalnego. „»Autoportret« jest jednym z tych filmów, które porywają widza od samego początku, aby z nim pozostać. Jest doskonałym przykładem kina rzeczywistego, które może się poszczycić autentyzmem i wizją estetyczną. Przejmujący i aktualny, odważny i emocjonalny – ten robiący wrażenie dokument to film o chorobie i sztuce, gdzie fotografia może zmienić naszą wizję życia” – napisali w swoim werdykcie jurorzy. Dodatkowo obraz otrzymał rekomendację Krakowskiego Festiwalu Filmowego do Europejskiej Nagrody Filmowej w kategorii filmu dokumentalnego. „Autoportret” w reżyserii Margreth Olin, Katji Hogset i Espena Wallina to przejmujące studium lęku przed dorastaniem oraz śmiercią i jednocześnie szokujący obraz samozniszczenia. Chorą na anoreksję od 10. roku życia Lene Marie Fossen poznajemy u progu trzydziestki i wielkiej kariery. W filmie śledzimy jej ostatnie lata życia i odkrywamy jej historię, która w Norwegii była znana od dawna z nagłówków gazet alarmujących, że w wieku 11 lat Lene Marie ważyła zaledwie 26 kg. Młoda kobieta od lat żywi się wyłącznie napojami, wyznaje, że od zawsze pragnęła zatrzymać czas i być może stąd jej organizm przestał się rozwijać, a ona sama zajęła się fotografią, czyli utrwalaniem chwil. Robi genialne zdjęcia, które doceniają najwybitniejsi fotografowie i kuratorzy sztuki, które poruszają i doprowadzają do łez odbiorców. Na ekranie obserwujemy jej pracę oraz rozmowy zawodowe i prywatne. Jednak choć Lene Marie nie chce się stać „ikoną anoreksji” i pragnie dać się poznać taką, jaką jest w istocie, to przecież jej sztuka stanowi istotny głos w debacie społecznej. Jest autorką fantastycznych portretów (m.in. dzieci uchodźców), ale przede wszystkim szokujących autoportretów, obnażających w zacienionych przestrzeniach opuszczonych budynków wyniszczone chorobą i przeraźliwie chude ciało, nasuwające dramatyczne skojarzenia z małoletnimi ofiarami klęsk głodowych czy obozów koncentracyjnych. Lene Marie pragnie być fotografką, ma też inne marzenia, jak to o własnym domku na ukochanej greckiej wyspie. Jest kochana przez swoich rodziców, ma przyjaciół, paradoksalnie została obdarzona silną wolą życia. Jednak nie potrafi wyzdrowieć, nigdy nie osiągnęła dojrzałości płciowej, na skutek długotrwałego niedożywienia zaczyna jej się psuć – tak ważny w zawodzie fotografa – wzrok, a każde wyzwanie życiowe zdaje się ją powoli przerastać. Lene Marie walczy ze sobą, jednego dnia planuje kolejną wystawę lub wyjazd do Grecji, drugiego kładzie się w śniegu w bieliźnie i próbuje zamarznąć. Mroczną opowieść o norweskiej artystce rozświetlają subtelne, wspierane delikatnym wokalem melodie Susanne Sundfør, które pozwalają oddać tęsknotę i melancholię bohaterki oraz skandynawski klimat, w którym dorastała. Dzięki temu coraz lepiej rozumiemy tragedię, która dotknęła bardzo wrażliwą Lene Marie oraz jej rodziców, którzy mimo nieustannych starań, nigdy nie potrafili jej pomóc przezwyciężyć choroby. Mogli jedynie podziwiać zdjęcia, które świadczyły o unikatowym talencie, a które być może nie powstałyby, gdyby nie ból, z którym na co dzień żyła ich córka. W pewnym sensie Lene Marie zaczęła się bać rozstania ze swoim zaburzeniem, gdyż stało się ono narzędziem ekspresji artystycznej, dobrze znanym i niezmiennym sposobem na życie, nawet jeśli prowadzącym do ostatecznej niewydolności organizmu. I zapewne po seansie pozostalibyśmy w nastroju nostalgii, olśnieni fotografiami, które nieuchronnie zapadają w pamięć, zarazem wzbogaceni o istotne świadectwo chorej na anoreksję artystki. Jednak ponad tym wszystkim jest coś jeszcze. Zdjęcie, którego Lene Marie Fossen nigdy nie zrobiła, a które wykonano, gdy była dzieckiem. Widnieje na nim prześliczna, radosna, zdrowa dziewczynka, mała Lene Marie. I mając je w oczach, czujemy tylko bezsilną złość, że któregoś dnia Lene Marie zaczęła rzucać w matkę ziemniakami i że już nigdy nie udało się jej zapanować nad swoim zaburzeniem, że nikt nie potrafił do niej na dłuższą metę dotrzeć, nim stało się za późno. Tak, Lene Marie Fossen była świetną fotografką i może właśnie taką rolę miała odegrać w świecie sztuki, ponosząc jednocześnie wielką ofiarę, zmagając się z niebotycznym cierpieniem i finalnie odchodząc w młodym wieku. Dla mnie jednak pozostanie cudownym dzieckiem, które straciło drogę do własnej przyszłości. I mam nadzieję, że nigdy nie znajdziemy usprawiedliwienia dla jej tragicznego losu, a jednocześnie wysłuchamy bez oceniania i życzliwie jej nagranych zwierzeń, zapatrzymy się na fotografie.

Maja Baczyńska

Źródło: Prosto o Muzyce

Dodaj komentarz