Konrad Skolarski konkurs chopinowski

Co myślisz o konkursowych wykonaniach? Dlaczego wspomniałeś o przycinaniu ich do wymagań?

Wielu doświadczonych pianistów decyduje się „korygować” swoją grę na konkursie – w zależności od składu jury. Oto bowiem jeden z jurorów nie lubi rubato, ceni żelazny, metronomiczny puls. Drugiego razi skrajne piano. Trzeci nie godzi się, by grać Bacha „romantycznie”. W jaki sposób pianista się tego dowiaduje? Najczęściej przed konkursem bierze udział w lekcjach mistrzowskich u wybranych jurorów. Próbuje opracować coś w rodzaju „profilu muzycznego” każdego z nich. Na konkursie będzie grał tak, by nie tyle zadowolić wszystkich, ile im „nie podpaść”. Spróbujmy zmieszać dania kuchni francuskiej, syczuańskiej i polskiej. Czy ktoś to zje? W rezultacie otrzymujemy żałośnie skalkulowaną, zachowawczą, uśrednioną interpretację. Nie można co prawda generalizować, laureatami wielu konkursów zostali wybitni, cudowni muzycy. Nie jest tak, że prestiżowej imprezy nie może wygrać prawdziwy artysta! Mówię jednak o pewnej tendencji. Słyszy się opinie, że na konkursie największe szanse ma ktoś, kto ma w muzyce mało do powiedzenia. Graj równo, nie myl się, bądź niezawodny, unikaj przesady. Nie jest to opinia bezpodstawna. Uważni słuchacze ze zdumieniem odkrywają, że już na koncercie laureatów uczestnicy grają inaczej! Nie mówiąc o występach jakiś czas po konkursie.

 

Muszą tak kombinować? Przecież to rodzaj kłamstwa, może zdradzenia swoich ideałów.

A jeśli ideałem i priorytetem jest finał konkursu? Każda machina konkursowa uśrednia. Przy jednym jurorskim stole siedzą razem: charyzmatyczny artysta, który nie jest pedagogiem, i uznany nauczyciel, który nie jest czynnym pianistą, niekoniecznie wybitny muzyk. Zadowolić trzeba obu, by żaden nie odebrał punktów. To statystyka. Osobiste interpretacje często budzą sprzeciw konserwatystów.

 

Dlaczego więc kolejni pianiści decydują się na udział w konkursach?

Odpowiedź jest jedna. Potężny kryzys na rynku muzycznym. Wiele lat temu istnieli headhunterzy, łowcy głów. Sprawni menedżerowie, promotorzy, który szukali wspaniałych osobowości, by je wykreować. Czy Richter, Gilels, Horowitz, Rubinstein brali udział w wielkich konkursach? Nie. Czy to oni napisali historię pianistyki drugiej połowy XX w.? Tak. Jak to się stało? Wystarczy wymienić jedno z wielu nazwisk – Sol Hurok. Ten człowiek odkrywał talenty, zabiegał, kreował, sprzedawał. Miał tę moc, bo był KOMPETENTNY i umiał ocenić muzyka samodzielnie. Śp. Vladimir Krainev opowiadał mi, jak trafił do moskiewskiego konserwatorium. Jako dziecko uczył się w Charkowie. Przyjechało kilku panów ze stolicy, by przesłuchać dzieci w poszukiwaniu prawdziwych talentów. Mały Wowa tak zadziwił komisję, że natychmiast usłyszał – jedziesz do Moskwy. Państwo przydzieliło mu mieszkanie komunalne, wraz z matką przeprowadzili się i od tej pory mógł pracować pod okiem najwybitniejszych pedagogów. Pamiętajmy, że mówimy o stalinowskiej Rosji.

 

Dziś chyba nie ma już takich impresariów.

Talent trzeba jeszcze wykreować, stworzyć nazwisko. Jest może kilka prawdziwych agencji koncertowych, obecnych na rynku od kilkudziesięciu lat. I nawet tam pracują ludzie, którzy często nie mają pojęcia o muzyce – ukończyli zarządzanie, ekonomię etc. Na czym mają się oprzeć? Potrzebują konkursów. Nie zależy im, by odkrywać i promować młode talenty. Interesuje ich wyłącznie SPRZEDAŻ. Dlatego menedżerowie firm fonograficznych i impresariowie przyjeżdżają nierzadko dopiero na finały największych konkursów. Chcą dostać gotowy „produkt”. Nie są ciekawi, kto odpadł po półfinale.

 

Tymczasem tam również mogliby znaleźć prawdziwe „skarby”. Choćby Ivo Pogorelich nie doszedł do finału. Tak sobie myślę… Dobrze, że w ogóle jeszcze przyjeżdżają.

Tak. I powiedzmy to dobitnie – na wielu konkursach odkrywa się wspaniałych muzyków.

 

Czy konkursy to jedyna droga do międzynarodowej kariery?

Najpierw spytajmy – czy każdy musi zrobić karierę? Iść na studia? W przyrodzie jest tak, że nie każdy żołądź zostaje dębem. Na karierę mamy wyznaczony czas. Ktoś ustalił, że mija on po przekroczeniu 30. roku życia, to górna granica wieku na większości konkursów. A więc mamy szpital położniczy, który przyjmuje porody tylko do godziny 13. Absurd! Wyobraź sobie konkurs chopinowski, na którym grają 45-letni, dojrzali pianiści! Wspaniała sprawa! Po wtóre – nie jest tak, że o karierze decyduje wyłącznie wygrany konkurs. Jeśli ktoś myśli, że zwycięstwem zapewni sobie koncerty w największych salach, nagranie płyty oraz materialny spokój na wiele lat, może się rozczarować. Znam takich laureatów największych konkursów pianistycznych, którzy nie mają żadnych ofert, nie występują. Przeważnie uczą, grając od czasu do czasu koncerty. Jeden, dwa w ciągu roku.

Źródło: Prosto o Muzyce

Leave a comment