Wisłocki koncert w Filharmonii Krakowskiej

Dyrygentura. To dzięki niej zasłynął Stanisław Wisłocki. Polski muzyk urodzony w 1921 r. w Rzeszowie koncertował na czterech kontynentach. Nagrywał płyty z repertuarem takich mistrzów, jak Rachmaninow, Schumann, Brahms, Mozart, Paganini, Beethoven, Bach, Karłowicz, Czajkowski. Jednak o tym, że komponował własne utwory, za jego życia widzieli nieliczni.
 

Muzyka Wisłockiego, tworzona w latach 1945–1952, miała nigdy nie ujrzeć światła dziennego, nigdy nie wybrzmieć w salach koncertowych. Takie życzenie wyraził sam artysta. Tłumaczył swoją decyzję wrodzoną skromnością i głębokim przekonaniem, że inni kompozytorzy przewyższali go pod względem talentu i umiejętności. Rodzina Wisłockiego postąpiła jednak inaczej, decydując się na publiczne wykonania i nagrania jego dzieł. Jaki jest efekt tego odważnego kroku?
 

O tym miała okazję przekonać się publiczność zgromadzona w Filharmonii Krakowskiej 3 lipca 2021 r. podczas festiwalu Muzyka Polska odNova. Koncert w 100. rocznicę urodzin Stanisława Wisłockiego miał być nie tylko hołdem dla artysty, lecz także okazją do podzielenia się jego jakże mało znaną, wręcz niszową twórczością z odbiorcami. W rezultacie pokazał, że mamy do czynienia z muzyką nie tylko niełatwą w odbiorze, lecz także dziwną i niepokojącą.
 

Już od pierwszych taktów w „Suicie polskiej na orkiestrę symfoniczną”, skomponowanej w 1945 r., pojawia się marszowy, militarny rytm, który pobrzmiewa w całym utworze. Przeplata się z motywem mazura o melodyce nieco przypominającej tego z Moniuszkowskiej „Halki”. Co w przypadku Wisłockiego zupełnie nie zaskakuje – często czerpał on inspiracje z muzyki ludowej. Sprawia to, że jego własna kompozycja brzmi zupełnie niewspółcześnie, pomimo tego że miejscami z powodzeniem mogłaby posłużyć jako ścieżka dźwiękowa do filmu wojennego.
 

Motyw militarny powraca w koncercie fortepianowym z 1948 r., wykonanym przez Piotra Sałajczyka z towarzyszeniem Orkiestry Filharmonii Krakowskiej pod batutą Sebastiana Perłowskiego. Chaos, zmieniające się tempa, kontrastujące nastroje – to charakterystyczne elementy tego niebanalnego utworu. To muzyka nerwowa, nierówna, pełna napięcia. Fortepian zaczyna spokojnie, powoli, by po chwili zmienić tempo na dużo żywsze, orkiestra zaś stanowi dla niego dyskretne tło lub całkowicie milknie. Innym razem pojawia się trąbka, niczym wezwanie na apel wojskowy, lub też smyczki jak u Rachmaninowa, choć bardziej subtelne i mniej zmysłowe. Nastrój utworu jest niezwykle melancholijny, nostalgiczny, momentami wręcz przepełniony rozpaczą, lecz nie mroczny. Dźwięki przepełnia samotność, rozdarcie, gonitwa za czymś nieosiągalnym i być może wręcz nieistniejącym.
 

Taki właśnie wydaje się styl Wisłockiego. To melancholijna, smutna muzyka nacechowana wewnętrznym niepokojem. Przywodząca na myśl czarno-biały film grozy, obrazy niczym z kadrów Hitchcocka.
 

W balladzie symfonicznej na orkiestrę z 1952 r. dominują instrumenty smyczkowe. Utwór jest spójny, utrzymany w jednolitym nastroju, spokojny. Choć w dalszym ciągu posępny i rzewny. Jak gdyby kompozytor chciał umieścić w zapisie nutowym swoje tęsknoty, a nawet lęki.
 

W „Rapsodii polskiej”, czyli koncercie fortepianowym op. 14 z 1945 r., którego prawykonanie zabrzmiało w gmachu Filharmonii Krakowskiej, ponownie mamy do czynienia z nerwową, rozpędzoną muzyką o błyskawicznie narastającym napięciu i zróżnicowanym tempie. Tym razem do fortepianu zasiadł Michał Drewnowski, a orkiestrę poprowadził Przemysław Zych. Niezmiennie cała kompozycja jest utrzymana w rzewnym tonie, mimo że nie brak tu agresywnie brzmiących instrumentów perkusyjnych oraz trąbki. W połowie utworu odzywa się zaskakujący klarnet, smyczki zaś do złudzenia przypominają odgłosy skradania. Cicho, potem coraz głośniej, aż wkracza fortepian. Charakterystyczna dla tego utworu jest powtarzająca się melodia, za każdym razem z inną instrumentalizacją.
 

Czy Stanisław Wisłocki słusznie chciał ukryć swoją twórczość kompozytorską? Niewątpliwie nie wzbudza ona pozytywnych emocji i próżno szukać w niej światła, odprężenia, lekkości, nadziei. Dociera raczej do ciemnych zakamarków ludzkiej duszy, karmi się tym, co niezaspokojone, nieoswojone, utracone, szorstkie. Ma w sobie dużo goryczy i niezgody na porządek świata. Być może to właśnie chciał wyrazić kompozytor, usiłując odnaleźć się w powojennej rzeczywistości. Namalować dźwiękiem czarno-białe cienie i półcienie na pięciolinii, niczym operator filmowy na pożółkłej kliszy.

 

Beata Fischer

Źródło: Prosto o Muzyce

Leave a comment