Rozmowa z Justyną Danczowską i Orianą Masternak

Rozmowa z Justyną Danczowską i Orianą Masternak

Repertuar zawarty na Waszej płycie to prawdziwa gratka dla miłośnika muzyki i jej historii! Dla mnie największym zaskoczeniem był Elsner, nauczyciel kompozycji Chopina, postać kluczowa dla warszawskiego oświecenia i wczesnego romantyzmu, którego sonatę F-dur na skrzypce i fortepian z 1805 r. słyszałam na płycie „Parallels” po raz pierwszy. Słuchałam tego utworu z ekscytacją, zwłaszcza w kontekście o wiele szerzej znanej sonaty G-dur Mozarta. Jak znana jest twórczość Elsnera w środowisku muzycznym?

 

J.D.: Trudno stwierdzić, żeby sonata Elsnera była znana generalnie – jest wykonywana raczej rzadko. Naszym zdaniem jednak zupełnie nie ustępuje sonacie Mozarta, z którą ją zestawiamy, i zasługuje na to, by być równie dobrze znana. My zachwyciłyśmy się detalami Elsnera i prostotą jego piękna. Są co prawda też głosy, że ten utwór to „pomyłka”, ale w sztuce nie istnieje obiektywna, uniwersalna ocena: subiektywne, różniące się od siebie opinie zawsze mają w sztuce miejsce. Z tego, co do mnie dotarło, większość osób polubiło tę sonatę. My też. Niech każdy wyrobi sobie swoje zdanie.

 

Jak było z Elsnerem? Trafiłyście na ten utwór przez nagranie czy przez zapis nutowy?

 

J.D.: Ja trafiłam przez Orianę…

 

O.M.: …a Oriana przez zapis nutowy! Bardzo lubię znajdować takie ciekawostki. Na początku trafiłam na trio Elsnera, a potem zaczęłam szukać innych przykładów repertuaru ze skrzypcami spod jego pióra. Okazało się, że jest opus sonat – wysłuchałam tej w F-dur i pomyślałam: o, to może być ładne, chciałabym się z Justyną tym pobawić.

 

Co było w tym utworze najatrakcyjniejsze?

 

O.M.: Moją uwagę najbardziej przykuło to, że do sonaty Elsnera wykonawca można dodać sporo od siebie. Jego zapis nutowy oferuje ogromny potencjał. Razem z Justyną lubimy przestrzenie, w których jest miejsce na nas.

 

Masz na myśli pewną duchową cząstkę, którą interpretator zostawia w dziele, gdy – jeśli powołać się na metaforę Justyny – zamienia się w rynnę, czy chodzi Ci raczej o konkretne dźwięki, które, choć nie są zapisane w nutach, wykonawca może dodać do utworu?

 

O.M.: Cząstka dodana od siebie polega na obu tych rzeczach! Wykonawstwo muzyki z minionych czasów łączy się z koniecznością poznania wskazówek, które zostawili nam kompozytorzy czy im współcześni. W przypadku muzyki wcześniejszej, jak ta Mozarta czy Elsnera, wiemy, że wiele efektów, których oni oczekiwali w wykonaniach swoich utworów, nie jest zapisane w tekście! Dodawanie ornamentów do tej muzyki jest więc pożądane.

 

Jaką funkcję spełniają ornamenty?

 

O.M.: Poprzez ozdobniki wykonawca może na różne sposoby interpretować zmiany harmoniczne w utworze, uwypuklając je lub łagodząc ich efekt.

 

J.D.: Oprócz tego, dodawanie ornamentów to również po prostu świetna zabawa. Na próbach ma to charakter improwizacji: jedna z nas zagra coś pod wpływem chwili, a druga na to adekwatnie odpowiada.

 

Różnica między realizowaniem tekstu a improwizowaniem czegoś, co nie widnieje na papierze, jest wbrew pozorom ogromna! Z perspektywy poznawczej i neurobiologicznej, dwie różne części mózgu uaktywniają się, kiedy odtwarzamy muzykę zapisaną w nutach i kiedy ją improwizujemy. Czy improwizacja jest czymś, nad czym pracujecie?

 

J.D.: U mnie było tak: Oriana zaczęła ornamentować na próbie, a ja nie miałam pojęcia, że coś takiego mnie czeka! Pomimo zaskoczenia pomyślałam: wow, ale super – ja też chcę! I to się zaczęło dziać.

 

Naturalnie?

 

J.D.: Oczywiście, jestem osłuchana, więc nie była to moja pierwsza styczność z takimi ornamentami, ale nie mogę powiedzieć, że uczyłam się tego dwa razy w tygodniu po półtorej godziny tak, jak się uczy angielskiego. Zupełnie nie! Stopniowo zaczęłam też zapisywać swoje pomysły, choć zazwyczaj jest tak, że reaguję na chwilę, na nastrój i oczywiście na to, co wymyśli Oriana.

 

O.M.: …albo Justyna – inspiracja działa w dwie strony!

 

J.D.: Owszem – tylko że ja bardziej reaguję na Orianę niż na siebie!

 

O.M.: Ornamentacja nie jest tylko kwestią kilku dodanych nutek. Chodzi również o rozplanowanie harmoniczne, rytmiczne i dynamiczne. Dlatego do płyty miałyśmy rzeczywiście mniej więcej ustalony koncept. Kiedy natomiast gramy koncerty na żywo, nasze wersje ornamentów są inne niż te wcześniej ustalone – i to jest najwspanialsze! Wywiązuje się wtedy między mną a Justyną na bieżąco rozmowa, która jest zawsze żywa. Gdyby nie to, wykonywanie tego samego utworu wiele razy byłoby nudne…

 

J.D.: A słuchacze by słyszeli, że my się nudzimy!

Źródło: Prosto o Muzyce


Dodaj komentarz