Tradycja, czyli jak szlachcic został Sarmatą

Dworek otaczały zabudowania gospodarcze oraz pola, pastwiska, lasy- czyli folwark. Folwark był to w miarę możliwości samowystarczalny majątek ziemski, gdzie starano się produkować wszystkie niezbędne do życia produkty. Jeśli czegoś brakowało (np. materiałów na suknie, perfum, biżuterii, broni), to jeżdżono na targ do miasta lub miasteczka i kupowano lub wymieniano za produkty pochodzące z folwarku (zboże, mleko, sery, mięso, wełną, miód, warzywa, owoce, drewno, itp.).

 

Zazwyczaj produkty, których nie udało się wyprodukować na folwarku, były bardzo drogie, np. zagraniczne przyprawy. Oczywiście dostępne były też o wiele tańsze zamienniki – przyprawy lokalne, takie jak cebula, czosnek, zioła. Jednak kuchnia sarmacka, oparta na koncepcie, czyli chęci zaskoczenia i wprawienia w zdumienie i zachwyt biesiadników, lubowała się w wielkiej ilości zagranicznych, trudniej dostępnych przypraw. Należały do nich m.in.: szafran, pieprz, cynamon, goździki, gałka muszkatołowa. Równie drogi był cukier, który mniej zamożni zastępowali swojskim miodem. Dlatego szlachcic, który chciał zaimponować swoim gościom, podawał im podczas uczty dania niezwykle ostre, doprawione taką ilością drogich zagranicznych składników, że oryginalny smak potrawy był nie do odróżnienia. I tak goście mogli zostać zaskoczeni pojawiającymi się na stole kuropatwami, które tak naprawdę miały tylko kształt ptaków, ale uformowane były z ryb. Albo szczupakiem, który był w 1/3 upieczony, w 1/3 ugotowany, a w 1/3 długości usmażony – wszystko to bez przecinania ryby na kawałki! Był też tajemniczy kapłon (czyli wykastrowany, tuczony kogut), zaserwowany we flaszy (butelce z wąską szyjką). Stół ozdabiały „cukry” czyli figurki wykonane z farbowanego cukru, świadczące o zamożności i geście gospodarza, który swoim gościom chciał i mógł zaoferować to, co najlepsze (i najdroższe).

 

Elementem dobrego wychowania była znajomość łaciny, która pełniła funkcję języka międzynarodowego, tak jak dziś angielski. Często jednak uczono się jej bez zrozumienia, po prostu zapamiętując całe zdania lub pojedyncze słowa, które potem wtłaczano do polskiej wypowiedzi. Czasami nie chodziło więc o to, by władać językiem i samodzielnie konstruować poprawnie zdania. Wystarczyło zamanifestować, że się go zna, choćby powierzchownie.

 

Na początku wspomniano o stroju szlacheckim, pozwalającym na szybką identyfikację wizualną przynależności do uprzywilejowanej warstwy społecznej. Równie ważną rzeczą zarezerwowaną dla szlachty był herb – czyli znak, który przynależał do danego rodu. Mieszczanie mogli legitymować się jedynie gmerkiem. Pokazuje to, jak ważna była pamięć o rodzie, z którego się ktoś wywodził, i o przodkach, najlepiej takich, na których można się było wzorować i się nimi chwalić (w końcu szlachta to potomkowie dawnych rycerzy).

Źródło: Prosto o Muzyce

Leave a comment