Nie ma się czego wstydzić


A jednak sporo filmów muzycznych o innych muzykach oglądasz. Spotykamy się w końcu przy okazji KFF, gdzie jest sporo przestrzeni dla kina muzycznego w ramach konkursu DocFilmMusic. Jesteś tutaj jurorem. Jakim kluczem posługiwaliście się przy wyborze filmów?

Przede wszystkim chodziło nam o to, żeby znaleźć film, w którym reżyser będzie blisko bohatera, a z drugiej strony sam będzie w pewien sposób niewidoczny i przy okazji bardzo osobiście opowie o tym, jak widzi muzykę i jak ją słyszy, a nie jak słyszą ją wszyscy inni. Interesowała nas wrażliwość autora, co się dzieje z reżyserem, gdy obcuje z muzyką danego artysty.

 

Chcieliście zobaczyć film, który jest autorski…

…i który w nas coś pozostawi. Dlatego wygrała „Aurora”. Dwójka młodych reżyserów pokazała równie młodą osobę na własny niesamowity sposób i w takim świetle, że musieliśmy uznać tę historię za najlepszy film. Pomimo że muzyka, którą Aurora wykonuje, nie jest dla mnie sama w sobie tak silnym argumentem. Za to film był ciekawie nakręcony, zmontowany i udźwiękowiony. Naprawdę słyszałem ciekawszą muzykę na naszym festiwalu, oczywiście to jest moje zdanie! Ale w filmie o tej wokalistce było to „coś”. Postać Aurory nas na ekranie ujmuje, stajemy się częścią jej alkowy. Dostajemy jej fascynujący, bezpretensjonalny, fajny obraz.

 

Ten film dostrzegło także jury studenckie, jest to obraz bardzo komunikatywny. Osobisty punkt widzenia reżysera sprawia, że bohater staje się nam tym bardziej bliski. A wielu twórców o tym zapomina. Skupia się na muzyce i informacjach biograficznych, często zresztą na życzenie samych muzyków, o czym miałam okazję się przekonać, reżyserując mój cykl filmowy „Portrety kompozytorów”. To się jednak zwykle mija z celem, którym jest to, żeby ktoś chciał do danej muzyki sięgnąć po seansie.

Prawie każdy chciałby być nieskazitelnym bohaterem pokazanym w jak najlepszych barwach i to jest straszny błąd. Takie działanie okrawa nas z naszych najgłębszych treści, z autentyzmu. Jeśli tak chcemy robić kino muzyczne, jakiekolwiek kino, to nie warto.

 

Czy czegoś podczas tegorocznej edycji DocFilmMusic na KFF Ci zabrakło?

Wśród filmowanych bohaterów zabrakło mi kogoś takiego, kto spiera się z tworzywem muzycznym, szuka języka, traci na tym zęby. Chciałbym coś takiego zobaczyć. Nawet w filmie o Milesie Davisie nie było pokazanej jego walki z dźwiękiem, z frazą. A ja chciałbym się dowiedzieć, jak to się stało, że miał właśnie taką frazę, a nie inną. Chciałbym zobaczyć, dlaczego on się stara i walczy o ten z pozoru muzyczny detal, który koniec końców czyni go wielkim i stanowi jego tożsamość. Dlaczego Davis, nagrywając swoje płyty, stał się przełomem dla muzyki tamtych czasów? W konkursowym filmie „Miles Davis. Ikona jazzu” niestety tego nie ma. Otrzymujemy garść informacji, które na dobrą sprawę już znamy…

 

Czyli „Davis wielkim muzykiem był”.

Tak. To nie był film, który zatrzymał czas, choć sam Miles Davis właśnie się tym zajmował. To był być może istotny film, który należy oglądać w szkole czy emitować w telewizji, ale niekoniecznie pokazywać na festiwalu artystycznym.

 

Czyli jednak kluczem jest temat i sposób jego pokazania. Nie wystarczy wziąć na warsztat mniej lub bardziej znanego muzyka. Choć, swoją drogą, dość trudno jest zrobić film o nieznanym artyście.

Na to pytanie bardzo fajnie odpowiedział Brett Morgen („Cobain: Montage of Heck”, „Crossfire Hurricane”), szef jury konkursu DocFilmMusic, gdy takie pytanie padło z sali po pozakonkursowej projekcji jego filmu. Odpowiedział, że robiąc dokument o znanym artyście czy zespole, musi mieć bardzo dużo archiwów. Mało znani artyści tych archiwów po prostu nie mają. Ale jaką odwagą musi się kierować reżyser, który chce zrobić wszystko od początku, ktoś musi być tym pierwszym, dokumentalistą i archiwizatorem.

 

A co zrobić, żeby widz jednak przyszedł na taki film o nieznanym artyście? Jesteśmy tak zabiegani, że pójście do kina na pełnometrażowy dokument staje się wyzwaniem, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie jest to kino dynamiczne. Trochę jak z operą… Wiele osób mówiło mi o tym na festiwalu, choć przecież KFF ma już wyrobioną publiczność. Czy rzeczywiście nasza percepcja w ostatnich latach tak się zmieniła, czy może jest to kwestia tego, że dokumenty, które powstają, są jednak za długie?

To jest problem cywilizacji i dzisiejszych czasów. Sztuka w kulturze masowej nastawionej na spożycie jest zjawiskiem dodanym. Kiedyś kultura była faktem podstawowym. Jesteśmy zapracowani, ale właśnie po to jest sztuka, żeby zatrzymać czas i żebyśmy my sami mogli się zatrzymać.

W programie festiwalu znalazł się też w Kinie pod Wawelem, w plenerze, film, na którym stałem w deszczu z parasolem 2,5 godziny i oglądałem, i się nie ruszyłem z miejsca. Dokument powinien zawierać cechy dobrej fabuły. Jeśli nawet wiem, że Kurt Cobain na końcu filmu umrze, to przynajmniej w trakcie oglądania chcę być zaskoczony różnymi wydarzeniami z życia opowiedzianymi językiem nieznanym mi wcześniej. W czasie konkursu odrzucaliśmy filmy, które ewidentnie manipulowały widzem, których twórcy chcieli przedstawić bohaterów w cudownym albo zagmatwanym świetle.

 

Chciałam jeszcze zapytać o Twój występ podczas finału festiwalu. To było od początku wiadome, że wystąpisz na gali?

Powiem prawdę. Dyrektor Krzysztof Gierat zadzwonił do mnie, żeby mnie zaprosić jako członka jury. Powiedziałem mu: „To są cztery dni siedzenia i oglądania filmów, to jest bardzo odpowiedzialna praca. Chciałbym przyjechać, ale też coś zdziałać, mam taki zwyczaj. Pozwól mi zagrać koncert”. On miał taką koncepcję, żebym zagrał z zespołem Kroke. Doszedłem do wniosku, że tego jednak nie zrobię, więc wpadł na pomysł, by dać mnie na dzień otwarcia albo zamknięcia. Tak jak to zrobił Jerzy Maksymiuk w zeszłym roku. Przyjechałem dzień po rozpoczęciu i widziałem, że im bardziej się zbliżał dzień zakończenia, tym bardziej, wydawało mi się, Krzysztof był zestresowany, co też może się wydarzyć, gdy przyjdzie Trzaska i wygarnie solowy koncert na saksofonie. To koncert galowy, duża publiczność, bo kino Kijów nie jest małe. Myślę, że początkowo myślał, że gram muzykę dość miłą, ale im dłużej trwał festiwal, tym więcej mógł mieć wątpliwości, wypytywał mnie, co się będzie działo, chyba zobaczył na YouTube, co robię, a do tego minęliśmy się kilka razy i gdy pytał mnie, czy idę dziś na ten czy inny festiwalowy koncert, odpowiadałem: „nie…”.

 

To nie wróżyło dobrze…

Cieszę się jednak, że mi pozwolił.

 

Co czułeś na tej scenie? Publiczność była nieprzygotowana na to, co się wydarzy, a Ty nie chciałeś zejść! Byłeś w swoim żywiole.

Koncert solo to zawsze jest bardzo intymna sytuacja. Kiedyś myślałem, że muszę zabrać publiczność w inny wymiar, potem dopiero zrozumiałem, że chodzi o przyciągnięcie ludzi do rzeczywistości, swojej oczywiście, ale zupełnie realnej. Najważniejsze, poczułem, że ludzie mnie słuchają. To jest punkt odniesienia, słuchają historii. Czułem, że jak nie zejdę teraz, to już będę musiał zostać.

 

Czym się kierowałeś przy doborze utworów na ten występ?

A był jakiś dobór utworów? Nie było. Grałem totalnie „z czapki”.

Źródło: Prosto o Muzyce


Dodaj komentarz