Streaming – rabuje czy ratuje?


Debiutanci mają pod górkę?

Przyszłość muzyki dystrybuowanej cyfrowo jawi się bardzo pozytywnie – przynajmniej gdy chodzi o statystyki. W roku 2014 zyski rynku muzycznego spadły do 14 mld dol. w porównaniu z latami wcześniejszymi, kiedy było to ponad 20 mld dol. Jednak obecnie dochód rynku muzycznego to 22 mld dol., z tego niemal 14 (prawie 60 proc. całości) stanowi właśnie sprzedaż cyfrowa. Liczby te stale rosną. Prognozuje się, że w roku 2030 rynek ten wywinduje się do 35–40 mld dol. Głównym powodem będzie płatny streaming. Przewiduje się, że serwisy mają otrzymywać opłaty od 1 200 000 000 osób, podczas gdy dziś jest to 440 000 000. Liczby liczbami, a co z artystą?

 

Popularność serwisów streamingowych i swoboda tworzenia, którą daje internet, sprawiają, że coraz trudniej jest nie zniknąć w gąszczu innych wykonawców – zwłaszcza gdy się jest debiutantem. Każdego dnia (!) w aplikacji Spotify pojawia się 60 tys. nowych piosenek. W chwili gdy młody wykonawca wrzuca swoją płytę do streamingu i zostaje ona przesłuchana 300 000 razy, efekt jest taki, jakby słuchacze kupili 30 000 płyt. Niestety, w rozliczeniu za tę liczbę odtworzeń otrzymuje się zaledwie kilkaset złotych.

 

– Nagranie płyty to dziesiątki tysięcy złotych, łącznie z klipami. Nie ma więc mowy o jakimkolwiek zwrocie kosztów. Kiedy nie ma koncertów, artysta często nie ma z czego żyć, bo algorytm liczenia wypłat dla twórców preferuje supergwiazdy – na tym polega problem. Trzeba najpierw wyrównać szanse dla wszystkich, by móc wspierać także kulturę, która jest bardziej wartościowa, a nie tylko inwestować masowo – mówi Piotr Kabaj.

 

Z propozycją rozwiązania wychodzi dr Bartłomiej Biga, podkreślając, że rozumie oburzenie artystów, którzy widzą, że ich sztuka jest warta tyle, ile ktoś jest w stanie zapłacić za reklamę pojawiającą się przed piosenką albo że za odsłuchanie utworu otrzymują dziesiąte części centa. Dodaje, że jest to charakterystyczne dla dzisiejszej ekonomii i należy przyzwyczaić się do tego, że nasze dochody mogą pochodzić ze źródeł nie zawsze oczywistych dla wykonywanej profesji. – Dziś nawet najlepsi autorzy książek akademickich nie zarabiają na nich pieniędzy. Zarabia się na wykładach – podobnie jak muzycy zarabiają na trasach koncertowych. Choć jest to rozwiązanie częściowe, bo nie każdy muzyk koncertuje. Wyschło stare źródełko, czyli sprzedaż nośników, był okres posuchy i pojawiła się nowa forma – streaming, który nie jest satysfakcjonujący finansowo, ale stawki rosną. W świecie muzyki, jak wszędzie indziej, także są nierówności.

 

Pomysłem dr. Bigi jest naliczanie opłat za odtworzenie utworów na podstawie stawki degresywnej. Pierwsze odtworzenia byłyby warte kilkadziesiąt groszy za utwór. Z czasem stawka zmniejszałaby się, jednak biorąc pod uwagę wykonawców stawiających pierwsze muzyczne kroki, przy 30 000 odtworzeń utworów otrzymaliby oni nie kilkaset złotych, jak dotychczas, ale na tyle dobre pieniądze, by nie tylko zwróciły się koszty produkcji płyty, lecz także by zarobili na swojej muzyce. – Takie podejście oznacza, że The Rolling Stones będą mieli znacznie mniejszą wypłatę, ale myślę, że jesteśmy gotowi na takie poświęcenie – podsumowuje Biga.

Źródło: Prosto o Muzyce


Dodaj komentarz