Czas na modę na odkrywanie oper zapomnianych


O premierze „Barbary Radziwiłłówny”, zapomnianych (ale wartych przypomnienia) dziełach muzycznych oraz o wyzwaniach związanych z wystawianiem dawnych oper z dyrygentką Martą Kluczyńską rozmawia Karolina Sawicka

Dlaczego zainteresowała się Pani zapomnianą operą „Barbara Radziwiłłówna”?

 

Będąc muzykiem klasycznym w XXI w., oprócz samego wykonawstwa, mamy jeszcze dwie możliwe do wyboru ścieżki artystyczne. Pierwszą z nich jest refleksja i próba odkrycia, w którą stronę muzyka poważna będzie zmierzać, jak rozwijać się będą formy muzyczne czy instrumentarium, a druga to zwrócenie się ku przeszłości i poszukiwania nieznanych jeszcze, zapomnianych skarbów muzycznych.

 

I właśnie tę drugą drogę Pani wybrała?

 

Dwa lata temu, kiedy świat stanął z powodu pandemii, postanowiłam wykorzystać ten czas w sposób produktywny i pochylić się nad słynną w środowisku muzycznym sprawą tzw. zaniedbania muzyki polskiej. Mam tu na myśli niezliczone ilości rękopisów, które pozostają w bibliotekach bądź prywatnych zbiorach i nie cieszą się zainteresowaniem, ponieważ panuje często mylne przeświadczenie, że większość partytur z muzyką polską spłonęła podczas wojen. W obrębie moich zainteresowań znalazła się opera – mam wrażenie, że jest najbardziej zapomniana, gdyż najtrudniejsza do zrekonstruowania i wystawienia ze względu na wielkość formy i aparat wykonawczy.

 

Skąd wybór właśnie tego twórcy?

 

O Henryku Jareckim wiedziałam już wcześniej, zarówno z własnych poszukiwań, jak i dzięki Szymonowi Mechlińskiemu – wspaniałemu barytonowi i propagatorowi muzyki polskiej. Jarecki okazał się dokładnie tym, nad czym chciałam pracować. To kompozytor z drugiej połowu XIX w., ulubiony uczeń Stanisława Moniuszki, kontynuator języka muzycznego polskiej szkoły operowej, ale z wykreowanym własnym językiem kompozytorskim. Jego twórczość jest poniekąd „brakującym ogniwem” rozwoju polskiej formy operowej, a zatem słyszymy w jego kompozycjach tańce narodowe, rozpoznajemy szkołę mistrza Moniuszki, ale też wpływy późniejszych kompozytorów zagranicznych. Sam Jarecki uznał „Barbarę Radziwiłłówną” za swoją ulubioną operę, a i ja, analizując rękopisy, szybko zdałam sobie sprawę, że dzieło jest nie tylko zgrabnie zakomponowane w zakresie formy, lecz także ma piękne arie, duety, sceny taneczne i opowiada bardzo znaną, atrakcyjną historię miłosną pomiędzy Barbarą Radziwiłłówną a Zygmuntem Augustem, z trucizną i wielką polityką w roli głównej.

 

Jakie wyzwania i trudności stanęły przed Panią podczas opracowywania tego utworu?

 

Priorytetem było oczywiście doprowadzenie do wykonania dzieła, ale aby rozpocząć jakiekolwiek starania o to, należy mieć kompletne i czytelne materiały nutowe. Pierwszą zatem fazą pracy musiało być zgromadzenie wszelakich dostępnych materiałów źródłowych i decyzja, które z nich będą przedmiotem opracowania, na podstawie których powstanie edycja i czy będzie ona urtekstowa, czy może przy pierwszej prezentacji dzieła należy stworzyć wersję bardziej „praktyczną”? Po podjęciu niezliczonej liczby decyzji kluczowe było to, aby jak najszybciej znaleźć instytucję zainteresowaną współpracą – nikt nie jest w stanie w pojedynkę zorganizować wykonania wielkiej romantycznej opery. Z pomocą, a przede wszystkim ogromnym zaufaniem przyszedł dyrektor Waldemar Dąbrowski i Teatr Wielki – Opera Narodowa – moja macierzysta instytucja. Teraz jak najszybciej należało znaleźć obsadę solistów…

 

Co zapewne nie było łatwe?

 

Partie wokalne napisał Jarecki niesamowicie wymagające, na dramatyczne głosy, przeważnie z bardzo wysoką tessiturą. Szymon Mechliński już znał arię Gasztołda – tu nie było wątpliwości co do wyboru. Łukasz Załęski miał już do czynienia z twórczością Jareckiego i wiedział, jak do niej podejść. Modliłam się, aby Iza Matuła, którą bardzo cenię, zgodziła się wykonać piekielnie wymagającą partię tytułową – udało się! Niestety jedna z solistek zrezygnowała z udziału w wykonaniu, ponieważ partia była po prostu dla niej zbyt wysoka – słusznie, nie ma nic gorszego dla śpiewaka, niż wykonywanie ról, które nie są przeznaczone dla jego typu głosu. Bonę zaśpiewała Monika Ledzion-Porczyńska, pokazując, że jej głos rozwija się wspaniale w kierunku dramatycznych partii.

I w końcu przyszedł czas konfrontacji tego co na papierze, z żywym wykonawcą. Dla mnie poprzedzony jeszcze długą pracą i refleksją nad interpretacją i muzyczną dramaturgią dzieła. I niekończąca się obawa, jak wykonanie zostanie przyjęte przez odbiorców…

Źródło: Prosto o Muzyce


Dodaj komentarz