Koncert na 120-lecie Filharmonii Narodowej

Koncert na 120-lecie Filharmonii Narodowej

Z kolei pięcioczęściowy Koncert na organy i orkiestrę perkusyjną, powstały w latach 1972–1973, okazał się absolutną petardą. Zafascynowany niegdyś gamelanem indonezyjskim amerykański kompozytor, uczeń Henry’ego Cowella i Arnolda Schönberga, chętnie eksperymentował z brzmieniem, wykorzystując nawet takie akcesoria, jak kubły na śmieci, puszki czy butle tlenowe i kije bejsbolowe (!). Tutaj włączył sporo idiofonów o ustalonym stroju: czelestę, wibrafon, dzwony, a oprócz tego jeszcze fortepian.

 

W przypadku Koncertu zwraca uwagę jego struktura – mocne i energetyczne części skrajne przypominają concerto grosso i a to imponują rytmicznym dialogiem, a to symbiozą solisty i zespołu perkusyjnego, podczas gdy środkowe wykorzystują techniki imitacyjne i kontrapunktyczne oraz pozwalają prawdziwie się zasłuchać w organach. W tych ostatnich warto też zwrócić uwagę na fakt użycia specjalnych narzędzi w celu uzyskania brzmienia klasterowego. Dzięki temu otwarcie Koncertu i finał są dla wykonawców niczym dobra zabawa, a dla odbiorców jak wysmakowane show, świadczące o niebywałej wyobraźni, fantazji i pomysłowości kompozytora.

 

Bardzo ładnie wypadł też akcent na koniec tej części wieczoru, gdy to Paul Jacobs zdecydował się zagrać na bis Fantazję i Fugę g-moll Johanna Sebastiana Bacha. Nie było to bynajmniej przypadkowe – do spuścizny ikony muzyki organowej (i nie tylko) nawiązywał przecież i w swoim Koncercie Harrison… Z uznaniem popatrzyłam, jak światowej klasy dyrygent siada na krześle przeznaczonym w późniejszej części wydarzenia dla skrzypka, aby wysłuchać solowego popisu organisty. A choć Jacobs zagrał nieco pospiesznie, wręcz nerwowo, być może z uwagi na napięcie związane z występem, to przecież zrobił to z pasją i do tego z pamięci (co rzadkie u organistów, ale i u dyrygentów – podczas koncertu Shelley też raczej z pulpitu dyrygenckiego nie korzystał!). Dzięki temu podniósł rangę uczestniczącego w wydarzeniu instrumentu – organów, które dumnie królują w sali koncertowej Filharmonii Narodowej. Niewątpliwie Shelley przypomniał jego zapomnianą tradycję. Przyznam, że głęboko się wzruszyłam, zwłaszcza że Paul Jacobs zagrał jeden z moich utworów, który pamiętam jeszcze z okresu mojej nauki gry na organach w szkole i na studiach.

 

Jednak mimo tych wszystkich „fajerwerków” i tak serca słuchaczy jak zawsze skradły „Planety”. Doskonale przygotowane (po raz pierwszy wykonane przez Orkiestrę Filharmonii Narodowej w 2015 r. pod dyrekcją Macieja Tarnowskiego), poprowadzone pewną ręką Shelleya, który wydobył z zespołu maksimum niuansów, ale i soczystość brzmienia znaną nam głównie z wypracowanych nagrań studyjnych. Tutaj jednak czuło się podniosłość chwili, majestatycznego tu i teraz, zwłaszcza gdy w ostatniej części, „Neptunie, mistyku”, subtelnie i prawdziwie mistycznie zabrzmiał – tym bardziej że na korytarzu, słyszany w otwartych drzwiach – chór żeński; publiczność uparcie szukała źródła nowego, anielskiego w charakterze dźwięku, tymczasem Shelley doskonale wyczekał ciszę na koniec utworu, nim przyjął owacje na stojąco i pozwolił oddać hołd jeszcze muzykom. Widać było, że „Planety” w porównaniu z jednak trudnym dla orkiestry do rytmicznej synchronizacji „Scorpiusem” są doskonale zgrane, wyćwiczone, niesione natchnieniem dyrygenta. I zagrane z charyzmą, która porusza publiczność do szpiku kości.

Źródło: Prosto o Muzyce


Dodaj komentarz