Staram się mieć umysł nowicjusza

Staram się mieć umysł nowicjusza

To proszę wytłumaczyć się z tego koncertu Di gioia in gioia, który czeka nas w Teatrze Studio. To taki specyficzny miks – niby opera, niby recital?

 

Na scenie śpiewamy wspólnie z Adrianą Ferfecką, Szymonem Komasą oraz Mischą Kozłowskim przy fortepianie. Myśląc o tym koncercie wymienialiśmy się różnymi koncepcjami, ale to ja wpadłem na pomysł jego konstrukcji, od strony formalnej. Przyznam, że dość egoistycznie podszedłem do tematu (śmiech). Koncert dotyczy ogólnie przyjemności w życiu. Każdy z nas myślał o tym co jest jego największą przyjemnością. Dla mnie jest to wykonywanie projektów z innymi ludźmi, a nie solo. Dlatego 80 procent tego koncertu to są duety, tercety – czyli wspólne śpiewanie. dzielenie tego doświadczenia z innymi. Wymiana energii z partnerami na scenie daje dużo siły, to taki zastrzyk dodatkowej energii i radości. 

 

Na scenie trzy osobowości. Raczej nie jesteście dla siebie konkurencją. Czego uczy się Pan od kolegów i koleżanki?

 

Pomysł na ten koncert powstał z sympatii jaką darzymy siebie nawzajem prywatnie. Razem dobrze się czujemy i to przekłada się na radość w tworzeniu muzyki. To jest zupełnie inna płaszczyzna porozumienia. Śpiewanie to nasz zawód, a każdy z nas jest inny. Czuję, że ta energia, którą mamy między sobą może zaczarować publiczność. Czego możemy się nauczyć od siebie? Trudno powiedzieć. Każdy z nas ma inne doświadczenia, idzie inna drogą, jest innym typem głosu, myślę, że w tej produkcji chodzi przede wszystkim o radość i wspólne tworzenie. Grając sceny, jak chociażby te z Cyganerii, śpiewając z Adą, z udziałem Szymona, spotkanie nas – jako postaci jest bardzo inspirujące. Jesteśmy razem na scenie, reakcje moje na Adę i jej na mnie są tak samo ważna jak samo śpiewanie, ta wspólnotowość poszerza kontekst, nadaje dodatkową płaszczyznę.

 

Ten koncert to eksperyment?

 

Absolutnie tak. Staraliśmy się wybrać utwory pod względem radości, przyjemności na przykład w upojeniu alkoholowym, wspólnych wizji jak w Poławiaczach pereł Bizeta, przyjemności odczuwania motyli w brzuch w Cyganerii Pucciniego czy przyjemności seksualnego pociągu w Don Giovannim Mozarta. Przyjemność dla każdego z nas oznacza coś innego i chcemy o tym zaśpiewać. Przechodzimy przez odmiany przyjemności operowych po lżejsze, musicalowe. Choć podobny eksperyment mieliśmy już w Olsztynie, podczas naszego pierwszego wspólnego śpiewania, to podchodzę do tego koncertu jak do nowego projektu.

 

Gdy gasną światła i wraca pan do garderoby to jakie emocje Panu towarzyszą? Co Pan czuje?

 

To jest bardzo ciekawe doświadczenie. W jednej chwili widzę tysiące ludzi, migające światła, owacje na stojąco, oklaski, a potem cisza. W chwili, gdy stoję przed widownią i kłaniam się, często mówię do siebie: – skup się na tej chwili, zapamiętaj to uczucie, satysfakcję z pracy. To sceniczne mindfulness bardzo ułatwia przejście do normalności. Zgaśnięcie reflektorów jest naturalną koleją rzeczy. Nie mam problemu z własnym ego, nie oczekuję, że publiczność będzie krzyczała z radości. Po prostu wykonuję swoją pracę.

 

Po występie ma Pan poczucie, że wydarzyło się coś niesamowitego, coś ponad to co tu i teraz?

 

Tak, towarzyszy mi pewien rodzaj transcendencji. To jest tzw. pospektaklowy rush. Adrenalina utrzymuje się na wysokim poziomie długo po spektaklu. Bardzo często nie śpi się do 4.00 – 5.00 nad ranem, bo jest tyle emocji, że człowiek nie jest w stanie się wyciszyć. Bardzo często sam Pavarotti chodził po korytarzach opery i swoim wysokim głosem mówił: – I am going to die. On, który był bogiem – miał tremę, ja również ją mam. Zazwyczaj myślę o najczarniejszych scenariuszach. Dlatego moją ulubioną częścią występu jest moment tuż po, kiedy spada ten kamień, obciążenie i jest lekkość bytu. Występowanie na scenie porównałbym do biegania, mają wiele wspólnych elementów. 10 lat temu dużo biegałem, jednak ze względu na liczne kontuzje wynikające z uprawiania różnych dyscyplin musiałem przestać.. Teraz wróciłem do tego. I odczuwam czystą przyjemność z obcowania ze sobą, wsłuchiwania się w rytm swojego serca, oddechu, akceptowanie bólu, stresu czy zmęczenia. To jest doskonały trening mentalny, który przekłada się na śpiewanie. Zaakceptowanie obciążeń psychicznych i fizycznych oraz praca nad nimi, daje nie tylko dużą satysfakcję, ale jest też naturalnym sposobem poznania siebie. 

 

W tym koncercie będą wykonywane utwory, które macie już wyćwiczone. Chcecie pokazać się od najlepszej strony? Często są to Wasze ulubione utwory. Czyli nie będzie efektu zaskoczenia dla publiczności?

 

Przygotowanie do każdego koncertu wymaga dużo pracy, przypomnienia sobie pewnych miejsc w utworze, o których trzeba technicznie pamiętać. Każdy występ jest inny, progresja utworów, kombinacja daje zupełnie inne odczucie. Takiego koncertu, który przed nami, nie wykonywałem jeszcze nigdy, jest czymś zupełnie nowym. Wykonamy utwory, które wymagają od nas zaprezentowania kunsztu wokalnego, na najwyższym poziomie w dość w krótkim czasie. Wszystko to wymaga rzetelnego przygotowania. Oczywiście mogą zdarzyć się momenty, które mnie zaskoczą, mam tego pełną świadomość, bo nie jest to koncert wyreżyserowany, to nie jest choreografia. Jednak zawsze warto wiedzieć co chcemy uzyskać daną arią i dokąd ona może nas – śpiewaków zaprowadzić. Myślę, że ten koncert zaskoczy nie tylko publiczność, ale i nas wykonawców i na to też liczę.

 

Koncert  Di gioia in gioia odbędzie się w warszawskim Teatrze Studio 29 maja 2022 r. o godz. 19:00. Więcej informacji TUTAJ

Źródło: Prosto o Muzyce


Dodaj komentarz