Czaro-dzianie [Gidon Kremer i Kamerata Baltica w NFM]

Czaro-dzianie [Gidon Kremer i Kamerata Baltica w NFM]

Ten czas, kiedy twój mózg chce konceptualizować wszystko, co rejestruje, jednak po chwilach walki poddaje się, bo natrafia na opór emocji. Ten czas, kiedy sam nie wiesz, jak to się stało, że dałeś się dotknąć różdżce i wirują ci wszelkie barwy koncertowego „dziania się”. Ten czas… bezcenny!

Na początek spoiler – widowisko 21 maja było przepyszne! Gidon Kremer, słynny z niekonwencjonalnych dokonań artystycznych wraz z zespołem Kamerata Baltica, po raz kolejny potwierdzili swoje mistrzostwo. Jedyne pytanie, które spokoju mi nie daje, to sprawa tytułu koncertu – „At first there was noise”. Przyznam, że bardzo szukałam, dumałam, jednak hałasu dosłyszeć się w żadnym razie nie potrafiłam.

 

Na początku był „Warm Wind” na skrzypce, wibrafon i smyczki Viktorii Polevej, ukraińskiej kompozytorki, z która Gidon Kremer współpracuje już od ponad dziesięciu lat. Przyznam, że utwór wprowadził mnie w stan zaciekawionego rozedrgania. Jakkolwiek w materiale dźwiękowym tliły się nawiązania do „Wiosny” Vivaldiego – Poleva skontaminowała wątki tutti i ritorneli – była to jednak zupełnie inna opowieść. Gęsta, ostinatowa tekstura kompozycji drążyła ślad jakiegoś poruszenia. Czy to było wiosenne poruszenie, tego nie jestem pewna. Kremerata Baltica grała „Warm Wind” bez mistrza, grała wirtuozowsko, z pasją i nerwem. W tym zasłuchaniu skonstatowałam dopiero po chwili, że zmienił się utwór. „Carol of the Bells” Mykoły Łeontowycza był jak dołączony segue wagonik, jednak na tyle zgrabnie doczepiony, że pasował jak ulał.

 

This Too Shall Pass” na skrzypce, wiolonczelę, wibrafon i smyczki litewskiej kompozytorki Raminty Šerkšnytė po raz pierwszy zostało wykonane przez Kremeratę Baltica w 2021 r. w niemieckim Kronbergu. To absolutnie magiczny utwór, który natychmiast przywołał skojarzenie z Pensieve, czyli Myślodsiewnią z „Harry’ego Pottera”. Zanurzając się w dźwiękową przestrzeń niczym w magiczne naczynie, można było ponownie i z wielką intensywnością doświadczać emocji znanych z przeszłości. Jednostajny puls wibrafonu brzmiał jak nieubłagalne wskazówki czasu, a flażolety smyczków stanowiły srebrzysto-miękkie tło dla historii snutych przez wiolonczelę i skrzypce. Kiedy słuchałam tej przejmującej kompozycji, miałam nieodparte wrażenie, że muzycy Kremeraty również dotykają magiczności, są w nią niejako wtopieni, a każdy z nich kreśli dźwiękami własne doświadczenia, opowieści.

Źródło: Prosto o Muzyce


Dodaj komentarz