BWV 3
Ach Gott wie manches Herzeleid
Boże jak cierpi serce me
BWV 3 – kantata na II niedzielę po święcie Trzech Króli opracowana na sopran, alt, tenor i bas, zespół wokalny, puzon, obój d’amore I+II, smyczki i basso continuo.
Prapremiera: Lipsk, 14 stycznia 1725 roku.
W opracowaniach posługuję się materiałami pochodzącymi z serwisu Kantaty Jana Sebastiana Bacha Po Polsku. Zapraszam do kategorii, którą obecnie będę rozwijał do wypełnienia kompletnej listy 200 opracowań Kantat kościelnych Jana Sebastiana Bacha wykorzystując audycje nagrane w II programie Polskiego Radia prof. Mirosława Perza.
Materiały źródłowe użyte w tym opracowaniu pochodzą z Bachipedia.org oraz książki Tłumaczenia Kantat Jana Sebastiana Bacha Armina i Andrzeja Teske.
BWV 3 Kantata chorałowa Boże jak cierpi serce me – wprowadzenie do dzieła
Wkraczając w tajemniczy świat BWV 3 – Kantaty Jana Sebastiana Bacha, zanurzamy się w głębię ludzkiej duszy, której odwieczne zmagania z bólem, smutkiem i pragnieniem zbawienia odzwierciedlają się w dźwiękach i słowach tego niesamowitego dzieła.
W każdym takcie, w każdej frazie, odnajdujemy echa ludzkich serc, które biją w rytm nadziei i rozpaczy, wierzeń i zwątpienia.
Jako skończony podmiot, wierzący widzi swój obowiązek oczekiwać pocieszenia i zbawienia jedynie od Jezusa. Ta wiara, która wypełnia go od środka, staje się dla niego źródłem siły w obliczu "bojaźni i mąk piekielnych". Jednakże, smutek, który przenika jego duszę, nie jest zwykłym smutkiem – to głęboki ból wynikający z egzystencjalnej samotności i autoreferencyjności, która zamyka go w kręgu własnych trosk i obaw.
Bach w dziele kantata chorałowa BWV 3, rzuca światło na tę wewnętrzną walkę, ukazując człowieka jako istotę relacyjną, której prawdziwe spełnienie znajduje się nie w odniesieniu do siebie, ale w spotkaniu z innym. To właśnie w tych chwilach spotkania, pełnych zarówno bólu, jak i radości, człowiek odnajduje swoje prawdziwe "ja" i swoje miejsce w świecie.
W czasie pandemii, gdy codziennie stykaliśmy się z cierpieniem, utratą i niepewnością, Kantata chorałowa BWV 3 Ach Gott wie manches Herzeleid – Boże jak cierpi serce me staje się dla nas przypomnieniem o potrzebie empatii, wspólnoty i więzi z drugim człowiekiem oraz z naturą. Uczucia te wyrażają się w muzyce, która przenika nasze serca, zmuszając nas do refleksji nad własnym życiem i naszym miejscem w świecie.
Zatem, wsłuchując się w Kantatę Trzecią Bacha, pozwólmy sobie odczuwać ból serca, który może stać się źródłem nowego połączenia – z bytem tego świata, z innymi ludźmi i z naszym własnym wnętrzem. Bo jak powiedział Martin Buber, "całe prawdziwe życie to spotkanie". Nawet, a może przede wszystkim, gdy spotkanie powoduje ból serca.
I jak pisze Christoph Quarch – autor wykładu refleksyjnego dołączonego do mojego opracowania kantaty "O Boże, jak często spotykam się w tym czasie z głębokim smutkiem!" – i to jest dobre.
Kantata chorałowa BWV 3 - Dogłębna analiza
Kantata chorałowa BWV 3 "Ach Gott, wie manches Herzeleid" (Boże jak cierpi serce me) została skomponowana na drugą niedzielę po Objawieniu Pańskim w 1725 roku. Jego libretto jest tylko luźno związane z niedzielną Ewangelią o weselu w Kanie Galilejskiej; Tekst ten daje natomiast szerokie pole do popisu – zaledwie kilka tygodni po bożonarodzeniowej obecności Zbawiciela – aby wyrazić smutek z powodu ponownego oddalenia się od Jezusa.
W tym nastroju refren wprowadzający jawi się jako podniosłe adagio, które mogłoby również służyć jako ilustracja zapadającego zmroku po ukrzyżowaniu na krzyżu. Nad ponurym punktem pedału i rzadkim tekstem smyczkowym opartym na drugiej linii melodii chorału, dwa oboje d’amore wymieniają się motywem gestu, który później wokalizuje się w lamentacji "Ach Gott" (Ach Bóg).
Prowadzona przez continuo, bezwładna scenografia stopniowo nabiera zatrzymującego tempa i nabiera rozdzierającej serce przejmującej, gdy wokaliści wkraczają przez westchnienia smyczków. Przyporządkowanie cantus firmus do basu (podwojonego przez puzon) potęguje przygnębiający nastrój części, której surowe modulacje, harmoniczne dysonanse i ponuro gęste zakończenia linii przywołują chwile rozpaczy końca dni.
W tej scenerii oboje dzielnie podtrzymują lament, który, choć w tonie żałobnym przy akompaniamencie wzdychających rytmów smyczkowych, jest jednak przez cały czas ocieplany przez rozżarzoną tonację A-dur; Rzeczywiście, wraz z muzyczną podróżą sopranu do niebios, zakończenie tej części nie jest pozbawione nadziei.
Następujący po nim recytatyw również zdominowany jest przez chorał. Continuo ritornello, które w całości wywodzi się z melodii hymnu, wprowadza tu porywającą kancjonalną oprawę, którą przerywają samokrytyczne refleksje czterech solistów, z których ostatnia to długi pasaż basu, który nawiązuje do orędzia bożonarodzeniowego, a jednocześnie nawiązuje do męki Chrystusa.
Ach Gott wie manches Herzeleid – Boże jak cierpi serce me
Jakkolwiek następująca po niej aria tchnie życie w zwarty gest chorałowy, to jednak oprawa jest niezwykle gęsta i złożona melodycznie. Skomponowana na sam bas i continuo, sceneria tworzy mroczną i głęboką konstelację, która przywołuje "Höllenangst und Pein" (strach przed piekłem i bólem), z której "Freudenhimmel" (niebiańska radość) serca może wyłonić się tylko z wielkim trudem; Rzeczywiście, chociaż rozszerzona sceneria podkreśla imię Jezusa w środkowej części, ogólny nastrój nieustannych "Schmerzen" (smutków) pozostaje.
Myśli te są następnie podejmowane w recytatywie tenorowym, który dobitnie stwierdza determinację duszy, by stać się jednością z Jezusem, by iść za Jego przykładem bez lęku przed śmiercią i grobem, pozwalając w ten sposób, po posępnym cis-moll arii, na oprawienie w wewnętrznie promiennym E-dur.
W następnym duecie nawet charakter skaczącej w górę kwarty ulega przemianie w porównaniu z refrenem wprowadzającym, a westchnienia pokory ustępują ufnej determinacji, by przezwyciężyć wszystkie ziemskie kłopoty.
Trudność w wyrwaniu się z więzów egzystencjalnego lęku i słabej wiary staje się jednak namacalna poprzez ciasne ramy, na które składa się quasi-ostinato continuo, górny głos instrumentalny unisono oraz soliści sopranu i altu – w dzielnym duecie wokalnym niemal słychać, jak chłopcy śpiewacy z elitarnego chóru Bacha wznoszą się na nowe wyżyny.
W środkowej części świadomość, że Jezus dzieli ciężar krzyża, rodzi pozytywne przyjęcie nawet cierpienia ("Es dient zum Besten allezeit" – Najlepiej mi służy w każdej godzinie), podczas gdy synkopowany motyw instrumentalny zdaje się być aprobującym ukłonem z wysoka.
Kantata chorałowa BWV 3, jej chorał zamykający w formie zwartego hymnu zgromadzenia, wyraża tęsknotę duszy za ponownym zjednoczeniem ze Zbawicielem, rozpraszając w ten sposób ponury nastrój chóru wprowadzającego zarówno na poziomie tekstowym, jak i muzycznym; tutaj użycie rogu do podwojenia partii sopranowej delikatnie zacienia powrót do tonacji A-dur.
Chcesz więcej?
- 1Dodatkowy wykład na temat kantaty
- 2Broszura kantaty z tłumaczeniem
- 3Materiał wideo eXtra
Wybierz plan darmowy lub premium jeśłi uznasz że warto mnie wesprzeć.
Powered By EmbedPress
Christoph Quarch
Boże jak cierpi serce me...
"Ach, Boże, jak często spotykam się w tym czasie z głębokim smutkiem!" Pierwsze zdanie rezonuje. Mówi o cierpieniu w trudnych czasach lub o cierpieniu w trudnych czasach – być może w czasie takim jak ten, który daje wystarczający powód do smutku i żalu.
Nie tylko dlatego, że pandemia Covid pochłonęła już wiele istnień ludzkich, ale przede wszystkim dlatego, że pokazuje, jak mało nasze zachodnie społeczeństwa są w stanie poradzić sobie z takim kryzysem: jak niewiele technologii, nauki i ekonomii pozwala nam wykorzystać ten kryzys jako okazję do wyjścia; Jak bardzo jesteśmy uwięzieni w konwencjonalnych sposobach myślenia i zamrożeni w komforcie.
«Ach, Boże, jakże często spotykam się w tym czasie z głębokim smutkiem!» – ja również mam ochotę westchnąć. Czuję silny rezonans z tą pierwszą częścią naszej kantaty. Ale tylko z tym. Dlaczego?
Ruch jest skierowany do tego, o czym mówi: do serca. I to właśnie tam tworzy rezonans. To, co następuje potem, w żaden sposób nie trafia jednak do mojego serca. Przemawia do głowy – i woli. Dominują w nim słowa takie jak "powinien", "musi" czy "może". Chodzi o "zmuszanie" i "chęć".
Chodzi o walkę podmiotu z samym sobą, o wewnętrzny konflikt, który, zgodnie ze starą grą językową, istnieje między "ciałem" a "duchem". Tak więc po początkowym westchnieniu w drugiej strofie następuje zupełnie inny temat, który nie ma już nic wspólnego z bólem serca w tym czasie – który spotyka się w tym czasie – ale tylko z tym, co podmiot tej kantaty dostrzega w sobie: z trudnością zapanowania, a nawet "zmuszenia" własnego "ciała i krwi" – do tego stopnia, że sopranistka lamentuje, cytując Ewangelię:
Ciało jest słabe, ale duch chce.
Zamiast opiewać o bólu serca, który pojawia się w tym czasie, kantata angażuje się odtąd w autotematyczne refleksje nad wierzącym podmiotem. Jakkolwiek kończy to rezonans serca, to jednak czyni kantatę interesującą dla filozofa. W jaki sposób?
Kantata jest o tyle ciekawa, że daje wgląd w genealogię naszego myślenia. Co to oznacza?
Cóż, sposób, w jaki myślimy, nie jest naturalny. Jest to produkt skomplikowanej historii, w wyniku której utrwaliła się koncepcja człowieka, zgodnie z którą obecnie żyjemy, pracujemy, robimy interesy, organizujemy nasz świat i na próżno próbujemy opanować globalną pandemię.
Ten obraz człowieka został nazwany Homo Faber lub Homo Oeconomicus – w zależności od tego, czy ktoś skupia się na jego obsesji na punkcie technologii, czy na jego egocentryzmie. Jego najnowszym przejawem, jeśli podążamy za izraelskim autorem bestsellerów Yuvalem Noah Hararim, jest Homo Deus, który dąży tylko do jednego celu: pokonania śmierci za pomocą najbardziej zaawansowanej technologii.
Ale Homo Deus, Homo Oeconomicus i Homo Faber stały się możliwe tylko dlatego, że w następstwie reformacji przeważyła idea, że człowiek jest istotą, która może chcieć dzięki swojemu umysłowi – i której wola wiary zadecyduje o tym, czy będzie dla niego zbawienie od "ostatecznej zagłady". Nasza kantata przenosi nas teraz niejako do dzieciństwa tego obrazu człowieka.
Z daleka pobrzmiewają jeszcze echa średniowiecznego mistycyzmu chrystusowego, ale w środkowej części – zwłaszcza w części trzeciej – dominuje autorefleksja podmiotu, który z jednej strony konstytuuje się w trójkącie chce, powinien i musi, a z drugiej zaś w stosunku do swojego ciała.
Skupienie się na śmierci jest charakterystyczne dla rozumienia samego siebie, które ukształtowało się tutaj in statu nascendi, najpierw w Reformacji, a następnie w czasach nowożytnych. Marcin Luter dał znać wiernym w kazaniu wielkopostnym w Wittenberdze: Wszyscy jesteśmy powołani do śmierci i nikt nie umrze za drugiego, ale każdy w swojej osobie będzie walczył ze śmiercią dla siebie.
Śmierć stała się w ten sposób memento mori, wzywającym wierzącego do odpowiedzialności za własne życie i zbawienie. Teraz do wierzącego poddanego należy pokonanie «strachu i męki piekła», które «może tylko wzywać imienia Jezusa», aby przemienić trwogę serca w «niebo radości» lub «ukoić lęk przed śmiercią, lęk przed grobem» i «napełnić piersi radością».
Dlatego jest to logiczne tylko wtedy, gdy wierzący podmiot wyznaje w piątym zdaniu:
Gdy smutki będą mnie napierać,
będę śpiewał z radością
Śpiewając mojemu Jezusowi.
Mój krzyż Jezus pomaga nieść, Dlatego powiem z wiarą:
On zawsze służy temu,
co najlepsze
Dwa razy podmiot wyznaje, że chce. Pragnie «radosnego nieba» i «radości», pragnie pocieszenia, pragnie zbawienia. I opiera się całkowicie na teorii teologicznej, która domaga się takiej woli:
Skoro przyszedłeś na pocieszenie całego świata i wziąłeś ciało nasze do siebie,
Twoja śmierć wybawia nas
od skończonej zguby.
Jako skończony podmiot, wierzący widzi swój obowiązek oczekiwać pocieszenia i zbawienia jedynie od Jezusa – ponieważ obiecano mu, że jedno i drugie zostanie mu dane, pod warunkiem, że zechce polegać na tym zbawieniu. I rzeczywiście, oczekiwana pociecha w Jego "bojaźni i mękach piekielnych" wyrasta z Jego woli zbawienia przez Jezusa.
Ale wszystko to jest czysto poznawczą operacją, którą wierzący podmiot przeprowadza w sobie. Znajduje pociechę i zbawienie w sobie samym: w swojej woli wiary.
Ta autotematyzm jest szczególną cechą nowego obrazu człowieka, który wykształcił się pod wpływem reformatorów w XVI i XVII wieku i który wybrzmiewa w naszej kantacie.
Głosi ona, że człowiek jest dobrowolnym podmiotem, który na mocy swojej woli wiary może przeciwstawić się dwóm przeciwnikom: «potrzebie i niedostatku», które stara się przekształcić w «bogactwo», oraz «lękowi śmierci» i «grozie grobu», które winien zamienić w «niebo radości».
Na jego drodze stoją jednak impulsy i skłonności "ciała", których nie da się tak łatwo "zmusić". A to powoduje u tego tematu "serdeczny smutek". Ale czy jest to również "głęboki smutek", o którym mówi pierwsza linijka naszej kantaty? Czy jest to głęboki smutek, z którym spotykamy się w tym czasie? Czy jest to odczuwane cierpienie, które rodzi się z przywiązania serca do świata – z empatii wobec "tego czasu" – tego konkretnego czasu?
Czyż nie jest to raczej cierpienie domowe, które wyrasta z egocentryzmu podmiotu, któremu zależy na jego osobistej korzyści, zbawieniu i pocieszeniu? cierpienie podmiotu, który chce zdać się na swojego Zbawiciela – a nie może tego uczynić tak, jak by chciał?
Troszczący się o siebie współczesny podmiot, który się tu wyraża, nie znajduje ani cierpienia, ani pocieszenia w swoim sercu, lecz tylko w swojej głowie. I dlatego mój rezonans serca kończy się po drugiej zwrotce tej kantaty. Do tego czasu dotyka mojego serca.
Ale to, co następuje potem, to teoria lub teologia. I niestety zła teologia, ponieważ wytworzyła obraz człowieka i świata, który dziś wywołuje we mnie «głęboki smutek» – prawdziwy ból rozpaczy z powodu autoreferencyjności człowieka.
Zwłaszcza w tym czasie, zwłaszcza w czasie pandemii, która powinna nas zachęcić do przebudzenia się z transu naszego odniesienia do samego siebie i do rozwinięcia nowego poczucia przynależności, wspólnoty i więzi: z naszymi bliźnimi i z naturą.
Zamiast tego zachowujemy się – tylko w nieco zmodyfikowany sposób – podobnie jak temat naszej kantaty. Boimy się potrzeb i pragnień, napędzani lękiem przed śmiercią i grozą grobu.
Polegamy na naszej woli, która opiera się na danych nam obietnicach i którym chcemy ufać, nawet jeśli ich nie rozumiemy, na przykład: Uratuje nas (nie)święta trójca ekonomii, nauki i technologii.
Albo: Z pomocą swojej woli, optymizmu lub pozytywnej psychologii możesz przekształcić swój strach przed piekłem w niebo radości – nawet jeśli musisz do tego "zmusić" smutek, zmęczenie, przygnębienie, słabość swojego ciała.
Jeśli podmiot naszej kantaty widzi siebie jako architekta swojej wiary, a tym samym swojego zbawienia, to podmiot teraźniejszości widzi siebie jako architekta swojego szczęścia przy pomocy techniki, nauki i ekonomii.
Strukturalnie nic się nie zmieniło w naszym obrazie siebie od 1725 roku. Strukturalnie nadal jesteśmy uwięzieni w samoodniesieniu i nieustannie kręcimy się wokół siebie. I nic się nie poprawiło, bo już nie liczymy na pomoc Jezusa, ale na pomoc… Ekspertów.
Cała ta sprawa jest tragiczna, ponieważ nasz autoreferencyjność nie pozwala nam pójść drogą, która naprawdę mogłaby nas zbawić: drogą, od której zaczyna się nasza kantata: «O Boże, jak często spotykam się w tej chwili z głębokim smutkiem!»
Tak, w tym czasie doświadczam cierpienia. Nie jest ona owocem egoistycznej troski o moje dobro, ale spotkania ze światem, który dotyka mojego serca: z ludźmi przygnębionymi, którzy w czasie pandemii stracili perspektywę sensu, lub z młodymi ludźmi, którzy widzą, że są oszukiwani przez swoją młodość.
Ale nie tylko oni sprawiają mi ból, ale także pozbawieni empatii politycy, którzy nami rządzą, czy przesyceni beneficjentami kryzysu. Każdy, kto idzie przez świat z uwagą i nie myśli, że w jego sercu zawsze musi być "właściwe niebo radości", będzie odczuwał mnóstwo "smutku płynącego z serca" – a "smutek płynący z serca" przywiąże go z powrotem do tego, kim nie jest sobą.
Uwolni go od odniesień do samego siebie i uświadomi mu swój związek z innymi ludźmi i naturą. Złamie złowrogi obraz człowieka czasów nowożytnych, który wyrósł ze złowrogiej teologii reformacji.
Ból serca może stać się źródłem nowego połączenia – po łacinie religio – z bytem tego świata, źródłem nowego obrazu człowieka, który ma swoje centrum w sercu, a nie w woli, i który interpretuje człowieka jako istotę relacyjną, która znajduje spełnienie nie w odniesieniu do siebie, ale w spotkaniu z innym. Martin Bu-ber, wielki żydowski filozof religijny, powiedział kiedyś:
Całe prawdziwe życie to spotkanie.
To prawdopodobnie prawda. Nawet – a może przede wszystkim – gdy spotkanie powoduje ból serca. "O Boże, jak często spotykam się w tym czasie z głębokim smutkiem!" – i to jest dobre.
Dziękuję Ci za to serdecznie!
Mam nadzieję, że treści które czytasz przynoszą Ci tyle korzyści co mi przyjemność ich tworzenia.
sekcja o instrumentach rzadkich
sekcja o instrumentach symfonicznych
Zapraszam też do treści moich wpisów blogowych
Witamina D3 plus GORZKA CZEKOLADA
Czajkowski Koncert na skrzypce i orkiestrę
Chopin La Ci Darem La Mano
Bach Kantaty i Ja
Vesperae solennes de confessore KV 339 Mozarta
Dido i Eneasz
Wojna Światów Barok vs Klasyka