Druga dekada XXI wieku to czas, w którym streaming ostatecznie zwyciężył. Spotify, Apple Music, Tidal, YouTube – słuchanie muzyki bez jej posiadania stało się normą. Playlisty zastąpiły albumy jako główną formę konsumpcji, a algorytmy zaczęły kształtować gusta słuchaczy. Artyści coraz częściej wydawali pojedyncze single, aby utrzymać swoją obecność w streamingowych serwisach, a tradycyjny „album cycle” praktycznie przestał istnieć. Billboard zmienił zasady liczenia notowań, włączając streamy – Drake i Ed Sheeran mieli jednocześnie dziesiątki piosenek w zestawieniach. Muzyka stała się wszechobecnym tłem codziennego życia – ambientem, dźwiękiem towarzyszącym różnym czynnościom.
To była też dekada mediów społecznościowych jako głównego narzędzia promocji – Instagram, Twitter, a później TikTok stały się kluczowe dla kariery artystów. Viralowe momenty mogły stworzyć gwiazdę z dnia na dzień. Proces demokratyzacji został dokończony – każdy mógł nagrać muzykę w sypialni i wrzucić ją do sieci, jednak przebicie się przez natłok twórczości było trudniejsze niż kiedykolwiek.
Trap zdominował hip-hop i pop. Producenci tacy jak Metro Boomin, Southside, Zaytoven czy Pi’erre Bourne stali się supergwiazdami.
SoundCloud rap wyłonił się jako undergroundowy ruch, który wybuchł do mainstreamu. Lil Uzi Vert, Lil Pump, Smokepurpp, XXXTentacion – młodzi, wytatuowani, z kolorowymi włosami i punkowym nastawieniem.
Pojawiło się również pojęcie „mumble rap”, które wzbudzało kontrowersje. Krytycy zarzucali Lil Yachty’emu, Lil Pumpowi i innym brak talentu i niewyraźną wymowę, podczas gdy obrońcy twierdzili, że liczy się vibe i flow, a niekoniecznie teksty. To wywołało pokoleniowy spór – starsi preferowali złożoną lirykę, młodsi cenili melodię i energię.
Kendrick Lamar ugruntował swoją pozycję jako głos generacji.
Cole, Chance the Rapper i Anderson .Paak stanowili alternatywę wobec konsumpcyjnego trapu. Chance wydał „Coloring Book” jako mixtape dostępny tylko w streamingu, zdobywając za niego Grammy – pokazując nowe możliwości dystrybucji muzyki.
Drake zdominował dekadę komercyjnie – każdy jego album („Take Care”, „Nothing Was the Same”, „Views”, „Scorpion”) był ogromnym sukcesem. Toronto stało się nowym muzycznym centrum dzięki OVO i produkcjom 40’s. „Hotline Bling” stał się zarówno hitem, jak i memem. Drake był obecny wszędzie – w popie, dancehallu, grime’ie, afrobeats. Był najczęściej odtwarzanym artystą, a jego konflikty (Meek Mill, Pusha T) trzymały go w centrum uwagi.
EDM wybuchło w mainstreamie na początku dekady. Avicii, Calvin Harris, David Guetta, Skrillex, Diplo, Zedd byli gwiazdami popu, występowali na festiwalach jak Ultra Miami, Tomorrowland, Electric Daisy Carnival. Hity takie jak „Levels” Avicii’ego, „Animals” Martina Garrixa czy „Turn Down for What” DJ Snake’a i Lil Jona były hymnami pokolenia. Amerykański brostep (Skrillex) polaryzował słuchaczy, a Diplo pokazał, że elektronika może wchłaniać brzmienia z całego świata.
Niestety, presja i problemy psychiczne zbierały żniwo – Avicii popełnił samobójstwo w wieku 28 lat.
Indie mainstreamowało się do końca – Arctic Monkeys z „AM” grali na stadionach, The xx, Vampire Weekend, Tame Impala łączyli uznanie krytyków z sukcesem komercyjnym. Alt-J, Glass Animals, Two Door Cinema Club – indie stało się przewidywalną formułą, często bezpieczną.
Indie pop zyskał słodycz – Lorde z Nowej Zelandii podbiła świat hitem „Royals”, a „Melodrama” była znakomitym albumem rozstaniowym. Lana Del Rey wniosła filmowy smutek i kontrowersje, a Billie Eilish i Melanie Martinez stały się idolami outsiderów. Bedroom pop rozkwitł jako gatunek – Clairo, Rex Orange County, Cuco, boy pablo – lo-fi, intymne brzmienie, nagrania na laptopach, które viralowały w social mediach. Estetyka DIY, ale brzmienie wystarczająco dopracowane.
Pop miał swoje wielkie momenty – Lady Gaga z „Born This Way” stworzyła hymn LGBTQ+, Katy Perry rządziła erą „Teenage Dream”, Adele biła rekordy sprzedaży dzięki klasycznemu songwritingowi. Taylor Swift płynnie przeszła z country do popu i była stale obecna w mediach. Ariana Grande wyrosła na gwiazdę dzięki mocnemu głosowi i osobistym tekstom – mimo traumatycznego zamachu w Manchesterze w 2017 roku.
Muzyka latynoska wybuchła globalnie – „Despacito” (Luis Fonsi, Daddy Yankee, Justin Bieber) pobiło rekordy, a Bad Bunny stał się międzynarodową gwiazdą, pokazując, że język nie jest już barierą. K-pop przełamał granice – BTS, Blackpink, Twice i EXO podbili świat dzięki zorganizowanemu fandomowi i strategii marketingowej.
Pod koniec dekady nastąpił powrót pop-punku – Machine Gun Kelly nagrał „Tickets to My Downfall” z Travisem Barkerem, ożywiając nostalgię za latami 2000. Country-trap przekroczył granice gatunków – „Old Town Road” Lil Nas X stało się najdłużej utrzymującym się numerem jeden w historii, a TikTok odegrał kluczową rolę w jego promocji.
Rock miał trudności komercyjne – Imagine Dragons byli popularni, lecz krytykowani, a nowe gwiazdy rocka pojawiały się rzadko. Singer-songwriterzy nadal święcili triumfy – Ed Sheeran, Sam Smith, Shawn Mendes czy Charlie Puth podbili listy przebojów prostotą i chwytliwymi melodiami.
R&B ewoluowało – The Weeknd, Frank Ocean, SZA, H.E.R., Summer Walker tworzyli nowoczesne, zaawansowane produkcyjnie i szczere tekstowo utwory. Pod koniec dekady pojawił się hyperpop (100 gecs, SOPHIE, A.G. Cook, PC Music), niszowy, ale wpływowy nurt o maksymalnie przetworzonym brzmieniu.
Lo-fi hip-hop beats streamowane były bez przerwy na YouTube, stając się fenomenem kulturowym jako muzyka do relaksu i nauki. Boom na podcasty zmienił nawyki słuchaczy – coraz częściej wybierano rozmowy zamiast muzyki podczas codziennych dojazdów.
TikTok, uruchomiony globalnie w 2018 roku, do 2019-2020 stał się głównym narzędziem odkrywania muzyki. Krótkie klipy, taneczne wyzwania i viralowe utwory promowały kariery takich artystów jak Lil Nas X, Doja Cat czy Megan Thee Stallion. Stare piosenki również powracały – jak „Dreams” Fleetwood Maca dzięki viralowemu filmikowi na deskorolce.
Ruchy na rzecz sprawiedliwości społecznej wpływały na muzykę – Black Lives Matter, protesty przeciwko brutalności policji i rasizmowi. Beyoncé („Formation”), Kendrick Lamar („Alright”) i Childish Gambino („This Is America”) tworzyli utwory będące hymnami buntu. Otwarcie mówiło się też o zdrowiu psychicznym – Logic z utworem „1-800-273-8255” podniósł świadomość na temat samobójstw, a wielu artystów dzieliło się swoimi zmaganiami.
Obsesja na punkcie metryk streamingu rosła – trafienie na playlistę „Today’s Top Hits” mogło decydować o karierze. Artyści próbowali oszukiwać system, płacąc za umieszczenia lub wydając utwory w piątki. Zasady notowań Billboardu były stale modyfikowane, by ograniczyć manipulacje.
Zmienił się sposób wydawania albumów – zyskiwały na popularności niespodziewane premiery, rozpoczęte przez Beyoncé („Beyoncé”, 2013), a tradycyjna promocja stawała się coraz rzadsza. Wzrosło zainteresowanie winylami – młodzi ludzie kupowali płyty artystów, których nigdy nie mieli na CD, kierując się nostalgią i estetyką.
Sytuacja polityczna – era Trumpa w USA, Brexit w Wielkiej Brytanii, globalny populizm – odciskała piętno na muzyce. Niektórzy artyści byli bardzo zaangażowani (YG „FDT”), inni uciekali w eskapizm. Przemysł muzyczny był generalnie liberalny, z wyjątkiem muzyki country.
Kultura festiwalowa osiągnęła szczyt, aż do pandemii. Coachella, Lollapalooza czy Bonnaroo stały się stylami życia, miejscami spotkań influencerów, choć coraz bardziej komercyjnymi i drogimi. Mimo to, dla młodych ludzi były ważnym doświadczeniem. Dekadę naznaczyły także przedwczesne śmierci młodych raperów – Mac Miller, Juice WRLD, Pop Smoke – co wywołało dyskusję o problemach z używkami i przemocą.
Końcówka dekady to pandemia – koncerty na żywo zamarły, pojawiły się livestreamy i wirtualne występy, a wydania albumów były opóźniane. Przemysł muzyczny musiał natychmiast się przystosować, co pokazało, jak bardzo ludzie potrzebują muzyki, nawet przez ekrany.
Z filozoficznego punktu widzenia, lata dwudzieste XXI wieku kompletnie przeobraziły branżę muzyczną. Streaming zwyciężył, własność muzyki niemal zniknęła, liczy się dostęp do wszystkiego. Wartość muzyki spadła – za pojedynczy odsłuch artyści otrzymują grosze, przez co większość z nich walczy o przetrwanie, z wyjątkiem supergwiazd. Artyści ze średniej półki tracili zaliczki i budżety, a „playlistowa” kultura sprawiła, że utwory stawały się krótsze, z refrenami na początku, a albumy traciły znaczenie. Gospodarka uwagi jest brutalna – miliony utworów walczą o słuchacza, a algorytmy stały się nowymi strażnikami dostępu.
Demokratyzacja sprawiła, że każdy może wydać muzykę, ale paradoksalnie odkrywanie nowych talentów stało się trudniejsze przez nadmiar treści. Media społecznościowe są niezbędnym narzędziem, ale bywają wyczerpujące i wymuszają ciągłą obecność. Autentyczność jest oficjalnie ceniona, lecz w praktyce rządzą starannie wykreowane wizerunki. Presja, by wciąż publikować i być widocznym, wywołała kryzys zdrowia psychicznego zwłaszcza wśród artystów.
Granice gatunków całkowicie się zatarły – artyści swobodnie skakali pomiędzy stylami, a nieoczywiste kolaboracje stały się normą. Globalizacja osiągnęła pełnię – „Despacito” czy sukces BTS pokazały, że język jest drugorzędny, a liczą się melodia i klimat. Technologia pozwoliła na produkcję muzyki w sypialni na poziomie studyjnym – debiut Billie Eilish powstał w dużej mierze w domu i zdobył nagrody Grammy. Duch DIY został w pełni zrealizowany.
Podsumowując, lata drugiej dekady XXI wieku to czas, w którym wszystko fundamentalnie się zmieniło. Możliwości twórcze są niemal nieograniczone, ale nagrody trafiają głównie do niewielkiej grupy. Zrozumienie tej dekady jest kluczowe dla zrozumienia współczesnej branży muzycznej – ekonomii streamingu, promocji w mediach społecznościowych, playlistowania, zależności od algorytmów, viralowych momentów, globalnego zasięgu, płynności gatunkowej i domowej produkcji. Wszystko to stało się standardem właśnie w tej dekadzie.