70s czyli tag muzyczny określający lata siedemdziesiąte to najbardziej eklektyczna dekada w historii muzyki popularnej – okres, w którym wszystko wydawało się możliwe jednocześnie. Disco i punk, rock progresywny i country rock, funk i glam – gatunki, które teoretycznie się wykluczały, współistniały, a czasem nawet przenikały w tej samej przestrzeni kulturowej. To była dekada ekscesów i eksperymentów, stadionowego rozmachu rocka i kameralnej intymności klubów, analogowych syntezatorów oraz pierwszych automatów perkusyjnych. Gdy lata siedemdziesiąte dobiegły końca, krajobraz muzyczny był zupełnie inny niż na początku tej dekady.
Wczesne lata siedemdziesiąte kontynuowały oraz rozwijały innowacje końca lat sześćdziesiątych. Led Zeppelin dominowali na scenie hard rocka – „Led Zeppelin IV” z 1971 roku zawierał „Stairway to Heaven”, jeden z najczęściej granych utworów w historii radia rockowego. Jimmy Page zachwycał gitarową wirtuozerią, Robert Plant charakterystycznym głosem, John Bonham potężną perkusją, a John Paul Jones wszechstronnością – razem tworzyli definicję stadionowego rocka. Byli ciężcy, bluesowi, ale potrafili też być akustyczni i folkowi, pokazując niespotykaną rozpiętość stylistyczną, która wpłynęła na całe pokolenia.
Pink Floyd przeszli ewolucję od psychodelicznych pionierów do tytanów rocka progresywnego. Album „The Dark Side of the Moon” (1973) spędził 741 tygodni na liście Billboardu – rekord, który może nigdy nie zostanie pobity. To konceptualny album o presji współczesności, czasie, śmierci i szaleństwie, z zaawansowaną produkcją, syntezatorami i efektami dźwiękowymi. Wizja Rogera Watersa i gitara Davida Gilmoura stworzyły prawdziwe „katedry dźwięku”. „Wish You Were Here” (1975) poświęcone było Sydowi Barrettowi, byłemu członkowi zespołu, a „The Wall” (1979) zamknęło dekadę jako rockowa opera o izolacji.
Rock progresywny osiągnął swoje apogeum właśnie w latach siedemdziesiątych. Zespoły takie jak Yes z wirtuozerskimi partiami i fantastycznymi tekstami, Genesis z teatralnymi występami Petera Gabriela (później wokalistę zastąpił Phil Collins), Emerson, Lake & Palmer z pokazami klawiszowej wirtuozerii, czy King Crimson z nietypowymi podziałami rytmicznymi – wszyscy oni tworzyli ambitną, często nawet pretensjonalną muzykę. Wielominutowe utwory, konceptualne albumy o science fiction czy mitologii, techniczna biegłość i oddana publiczność były znakami rozpoznawczymi tej sceny.
Glam rock wprowadził teatralność i androgynię. David Bowie był mistrzem przemian – jego postać Ziggy’ego Stardusta z 1972 roku stała się ikoną, a utwory takie jak „Starman” czy „Changes” symbolizowały transformacje. Bowie zmieniał się z każdym albumem – od glam rocka przez soul („Young Americans”, 1975) po eksperymentalną trylogię berlińską z Brianem Eno (1977–1979). Marc Bolan z T. Rex, Roxy Music z Bryanem Ferrym, Sweet czy Slade – wszyscy oni celebrujący blask i przepych.
Punk eksplodował w połowie dekady jako bunt przeciwko rozbuchanemu prog rockowi i skomercjalizowanemu stadionowemu rockowi. Sex Pistols w Wielkiej Brytanii byli anarchistyczni, nihilistyczni i prowokacyjni – utwory „Anarchy in the U.K.” i „God Save the Queen” były muzycznym sprzeciwem wobec establishmentu. The Clash byli bardziej polityczni i muzycznie różnorodni – ich „London Calling” z 1979 roku łączył punk z reggae, ska i rockabilly. W Nowym Jorku Ramones stawiali na prostotę i energię, a klub CBGB był kolebką amerykańskiego punku: tu zaczynali Television, Talking Heads i Blondie.
Funk dominował muzykę afroamerykańską. James Brown nie przestawał wprowadzać innowacji, a Parliament-Funkadelic z George’em Clintonem stworzyli kosmiczną mitologię funku. Utwory takie jak „Flash Light” czy „Give Up the Funk” opierały się na mocnych groove’ach, syntezatorowych basach i efektownej oprawie. Earth, Wind & Fire łączyli funk z soulem, jazzem i disco, a Sly Stone na albumie „There’s a Riot Goin’ On” (1971) pokazał mroczniejszą stronę gatunku.
Disco narodziło się w undergroundowych klubach społeczności gejowskiej i afroamerykańskiej w Nowym Jorku, by następnie zawojować mainstream. Donna Summer z producentem Giorgio Moroderem stworzyła przełomowy, całkowicie syntezatorowy utwór „I Feel Love” (1977). Bee Gees napisali i wykonali ścieżkę dźwiękową do „Gorączki sobotniej nocy” (1977), która stała się najlepiej sprzedającym się albumem dekady. Studio 54 w Nowym Jorku było świątynią disco, pełną gwiazd i ekscesów. Jednak ruch „Disco Sucks”, kulminujący podczas Disco Demolition Night w 1979 roku, symbolicznie ogłosił śmierć disco – choć muzyka ewoluowała dalej, dając początek house i techno.
Soul również przechodził przemiany. „What’s Going On” Marvina Gaye’a (1971) to politycznie zaangażowane arcydzieło. Stevie Wonder w swoim klasycznym okresie („Talking Book”, „Innervisions”, „Songs in the Key of Life”) pokazał, że jest kompletnym artystą – autorem, producentem i multiinstrumentalistą. Curtis Mayfield, Al Green czy blaxploitationowe ścieżki dźwiękowe Isaaca Hayesa i samego Mayfielda łączyły soul z funkiem i orkiestrowymi aranżacjami.
Country rock łączył amerykańską tradycję z rockową wrażliwością. The Eagles odnieśli ogromny sukces – „Hotel California” (1976) był mroczną medytacją nad amerykańskim snem. Outlaw country – Willie Nelson, Waylon Jennings, Merle Haggard – przeciwstawiali się wygładzonej produkcji z Nashville, stawiając na surowsze brzmienie.
Heavy metal ukształtował się jako samodzielny gatunek. Black Sabbath z Ozzym Osbournem zdefiniowali ciężkie riffy, mroczne teksty i złowrogą atmosferę. Judas Priest wprowadzili skóry, ćwieki i podwójne gitary, Motörhead połączył punkową energię z metalem, a Deep Purple i Rainbow z Ritchiem Blackmore’em przesuwali techniczne granice muzyki.
Ruch singer-songwriterów (Joni Mitchell, James Taylor, Carole King, Cat Stevens) opierał się na osobistych tekstach, akustycznych instrumentach i szczerych opowieściach. „Blue” Joni Mitchell (1971) to przykład surowej, emocjonalnej szczerości, a „Tapestry” Carole King pokazało, jak autorka przebojów może stać się pełnoprawną artystką. „Rumours” Fleetwood Mac (1977) opowiadało o rozpadzie relacji w zespole – osobisty ból przełożony na popową perfekcję.
Reggae stało się gatunkiem międzynarodowym. Bob Marley & the Wailers podbili świat albumami „Catch a Fire” (1973) i „Exodus” (1977), niosąc przesłanie rastafariańskiej duchowości i politycznej świadomości. Peter Tosh, Burning Spear i Culture tworzyli roots reggae z mocnym basem i przekazem społecznym, a jamajski dub (Lee „Scratch” Perry, King Tubby) wykorzystywał efekty studyjne jako środek wyrazu, wpływając na punk, post-punk oraz muzykę elektroniczną.
Technologia miała ogromny wpływ na brzmienie dekady. Syntezatory Moog, ARP czy EMS VCS3 stawały się coraz bardziej dostępne. Kraftwerk w Niemczech tworzyli muzykę elektroniczną jako sztukę – „Autobahn” (1974), „Trans-Europe Express” (1977) – minimalizm, robotyczność, innowacyjność, inspirujące nowe fale i hip-hop. Automaty perkusyjne jak Roland CR-78, rozwój nagrywania wielośladowego – wszystko to umożliwiło bardziej złożone produkcje.
Estetyka disco – kule lustrzane, błyskotki – kontrastowała z punkowym stylem agrafek i podartych t-shirtów. Moda lat siedemdziesiątych była ekstremalna – dzwony, platformy, afro, pióra. Każda subkultura miała swój niepowtarzalny wygląd, a muzyka i moda były nierozerwalnie związane – tożsamość wyrażało się przez styl.
Stadionowy rock stał się wielkim biznesem. Trasy koncertowe były gigantycznymi produkcjami – światła, fajerwerki, rozbudowane sceny. Kiss z makijażem i pluciem ogniem, Alice Cooper z gilotynami i wężami, Queen z teatralnymi występami Freddiego Mercury’ego – rock jako spektakl, wydarzenie, przemysł. Taki rozmach był celem ataków punkowców, którzy widzieli w nim oderwanie od fanów i koncentrację na pieniądzach, a nie muzyce.
Radio FM wprowadziło format „album-oriented rock”, pozwalając na dłuższe utwory i eksperymenty. Programy telewizyjne jak Midnight Special czy Don Kirshner’s Rock Concert, a pod koniec dekady rozwój teledysków, zapowiadały nadejście ery MTV.
W dekadzie tej śmierć wielu gwiazd nadawała jej mroczny rys – Jimi Hendrix (1970), Janis Joplin (1970), Jim Morrison (1971), wszyscy w wieku 27 lat. Elvis Presley zmarł w 1977 roku, co wielu uznało za koniec pewnej epoki, a zamach na Johna Lennona w 1980 roku symbolicznie zamykał dekadę.
Lata siedemdziesiąte zakończyły się w atmosferze niepewności. Disco oficjalnie uznano za martwe, punk podzielił się na post-punk i hardcore, stadionowy rock trwał, choć bez większych innowacji, a syntezatory zapowiadały przyszłość. MTV miało wystartować w kolejnym roku, zmieniając już na zawsze krajobraz muzyki popularnej. Lata siedemdziesiąte były pomostem – idealizm lat sześćdziesiątych rozbił się o rzeczywistość, a materializm lat osiemdziesiątych był już na horyzoncie. Muzyka oddawała ten stan ducha – czasem mroczna (punk, wczesny metal), czasem eskapistyczna (disco), czasem bombastyczna (stadionowy rock), a czasem intymna (singer-songwriterzy).
Filozoficznie lata siedemdziesiąte to czas ekstremów i różnorodności. Żaden styl nie zdominował całej dekady – współistniało wiele scen, często zupełnie odizolowanych od siebie. Fragmentacja kultury muzycznej zaczęła się właśnie wtedy; wcześniej panowała muzyczna monokultura (każdy znał The Beatles), a teraz pojawiły się niszowe sceny i tożsamości budowane wokół muzyki. Lata siedemdziesiąte pokazały, że muzyka może być jednocześnie biznesem i sztuką, komercyjna i undergroundowa, masowa i bardzo osobista. Technologia demokratyzowała tworzenie muzyki, ale jednocześnie umożliwiała korporacyjne ekscesy. Każda współczesna muzyczna debata – autentyczność kontra produkcja, populizm kontra artyzm, komercja kontra wiarygodność undergroundu – ma swoje źródła właśnie w napięciach tej dekady. Lata siedemdziesiąte były dekadą sprzeczności i możliwości, ekscesów i innowacji, końców i początków.