poetka żydowsko‑niemiecka, mistrzyni miniatur lirycznych i ironicznej refleksji codzienności. Jej twórczość łączy poezję emigracyjną, lirykę miejską i Neue Sachlichkeit, tworząc własny, rozpoznawalny ton: czuły, melancholijny, a jednocześnie lekko zdystansowany.
Data urodzin: 7 czerwca 1907
Data zgonu: 21 stycznia 1975
Profesja: poetka
Kategoria twórczości: poezja liryczna, miniatura poetycka, Neue Sachlichkeit, poezja emigracyjna, liryka codzienności.
Mascha Kaléko i „Moje epitafium” – głos z wygnania, który przebija mury zapomnienia
Są ludzie, którym los każe nieść swój dom na plecach jak ślimak muszlę. Ale co począć, gdy tym domem jest język – niemiecki język – a ty jesteś Żydówką w wieku, kiedy Europa płonie? Mascha Kaléko należała do tych, którym historia wypaliła pod stopami ziemię, a w zamian dała wieczne tułactwo i pióro, które nie chciało zamilknąć.
Urodziła się w 1907 roku gdzieś pod Chrzanowem – na tym skrawku ziemi, gdzie polskość miesza się z żydowskością, gdzie chederowe śpiewy przeplatają się z szelestem brzóz. Ale Berlin, ten wielki, tętniący Wielkim Miastem lat dwudziestych, stał się jej prawdziwą kolebką. To tam, w kawiarnianych dymach i na stronach gazet, błysnęła jak kometa – młoda, utalentowana, z wierszami, które czytało się jak listy od przyjaciółki, co zna twoje najskrytsze myśli.
Jej poezja miała w sobie coś z Heinego – tę samą delikatność, co ukrywa stalowy rdzeń, tę ironię, która jest tarczą przed bólem zbyt ostrym, by go obnażać wprost. Kiedy w 1933 roku ukazał się jej pierwszy tom, Berlin jeszcze tańczył, choć już na wulkanie. Rok później, po kolejnej książce, przyszedł zakaz. Stempel: „Entartet” – zdegenerowana. Pióro Żydówki nie miało prawa kreślić niemieckich słów.
I tu zaczyna się prawdziwa opowieść – nie ta o sukcesie, lecz ta o przetrwaniu. W 1938 roku Kaléko z mężem i synem dosłownie w ostatniej chwili opuszcza Niemcy. Płynie do Ameryki jak tysiące innych, z jedną walizką i językiem, który tam, za oceanem, brzmi jak echo z innego świata. Wyobraźcie sobie: wasz dom to słowa, a te słowa nagle nie mają już adresata. Piszecie wiersze po niemiecku w Nowym Jorku, gdzie wszyscy mówią po angielsku, gdzie nikt nie zna Heinego, gdzie wy sami jesteście nikim.
Lata emigracji to dla Kaléko czas zamrożenia. Pisze, owszem, ale dla kogo? Niemcy, które ją wyrzuciły, są zajęte wojną, potem gruzami, potem amnezją. Amerika – obca, choć gościna. Tęsknota staje się jej drugim językiem. I ta tęsknota przebija z każdego wiersza w „Moim epitafium” – zbiorze, który jest jednocześnie rozliczeniem, spowiedzią i testamentem.
„Moje epitafium” – wiersz nagrobny za życia
Tytułowy utwór to rzecz niezwykła. Kto pisze sobie epitafium, ten już pogodził się z myślą, że życie to podróż bez powrotu, a jedyne, co można zrobić, to wybrać słowa, które zostaną. Kaléko wybiera z typową dla siebie mieszanką melancholii i dystansu. Nie ma tu patosu – jest natomiast przedziwna lekkość kogoś, kto wie, że prawdziwy ciężar spoczywa w prostocie.
Jej wiersze z tego okresu to rozmowy z nieobecnymi: z Berlinem, którego już nie ma, z młodością, która zgasła w dymie pieców, z językiem, który stał się sierotą. Ale Kaléko nie użala się – ona konstatuje. Pisze tak, jakby prowadziła dziennik dla kogoś, kto przyjdzie później i zapyta: „Jak to było?” Odpowiada: było samotnie, było pięknie, było nie do zniesienia, ale jakoś się zniosło.
W latach pięćdziesiątych Kaléko wraca do Berlina – ale tylko w odwiedziny, nigdy na stałe. Miasto ją pamięta, wznawia jej przedwojenne tomiki, publiczność klaszcze. Ale to już nie ten sam Berlin, a ona nie ta sama Mascha. Między nimi zieje przepaść dziesięcioleci, które wypełniły się przemilczeniami. Niemcy chcą zapomnieć – ona nie może.
Ostatecznie osiedla się w Izraelu. Tam też nie jest do końca u siebie – tęskni za Europą, za niemieckim językiem, który w Tel Awiwie brzmi jak prowokacja. Ale tego języka się nie wyrzeka. To jej jedyna prawdziwa ojczyzna, jedyne, co przetrwało wszystkie granice i wszystkie wojny.
Umiera w 1975 roku w Zurychu – mieście neutralnym, bezpiecznym, obojętnym. Pochowana na żydowskim cmentarzu, daleko od Berlina, daleko od Chrzanowa. Ale jej wiersze wróciły do Niemiec na stałe. Dziś Mascha Kaléko jest tym, czym zawsze chciała być: poetką niemiecką, żydowską, uniwersalną – głosem tych, którzy musieli mówić z wygnania, ale mówili tak, że słychać ich było przez mury zapomnienia.
Bo jej poezja to lekcja tego, jak zachować godność, gdy historia odbiera ci wszystko. Bo pisze o rzeczach wiecznych – o tęsknocie, miłości, śmierci, samotności – językiem tak prostym, że aż przejrzystym, a zarazem tak gęstym od znaczeń, że każdy wiersz można czytać jak paletę kolorów, gdzie odcienie zmieniają się z każdym spojrzeniem.
„Moje epitafium” to książka dla tych, którzy nie boją się melancholii, ale też nie chcą w niej utonąć. Kaléko oferuje coś rzadkiego: smutek z uśmiechem, rozpacz z wdziękiem. To poezja dla dorosłych – nie w tym sensie, że trudna, ale w tym, że uczciwa. Nie oszukuje, nie pociesza tanio, nie obiecuje, że będzie dobrze. Mówi tylko: było tak, jak było, a ja to zapisałam.
Dziś, gdy świat znów pełen jest uchodźców, ludzi bez domu, języków, które giną, wiersze Kaléko brzmią przerażająco aktualnie. Bo ona wiedziała, co znaczy być nikim nigdzie. I wiedziała, że jedyna odpowiedź na to – to pisać. Dalej pisać. Aż słowa staną się mocniejsze niż granice.
Melchior Wańkowicz napisałby pewnie, że Kaléko miała w sobie tę samą twardość, co polscy Żołnierze Wyklęci – tylko jej bronią było pióro, a jej lasy – kartki papieru. I że jeśli chcemy zrozumieć XX wiek, ten wiek wysiedleń i Zagłady, musimy przeczytać takich właśnie świadków. Tych, którzy nie krzyczeli, ale szeptali – i właśnie dlatego słychać ich najdalej.