W inżynierii dźwięku istnieje pojęcie „headroom” – przestrzeni na dźwięk. Artyści spod znaku #Layered traktują tę przestrzeń jak płótno, które trzeba zamalować do ostatniego centymetra, nakładając na siebie dziesiątki, a czasem setki ścieżek. To „Maksymalizm” w najczystszej postaci.
Podróż zaczynamy od wizjonerów, którzy jako pierwsi potraktowali studio nagraniowe jak instrument. The Beach Boys w Good Vibrations i The Beatles w A Day in the Life udowodnili, że sklejanie taśm i nakładanie orkiestracji może stworzyć nową jakość – dźwięk niemożliwy do zagrania na żywo przez jeden zespół. Z kolei Queen w Bohemian Rhapsody pokazał, jak z ludzkiego głosu zbudować operowy chór.
Ale #Layered ma też swoje mroczniejsze, bardziej abstrakcyjne oblicze. Gatunki takie jak Shoegaze (My Bloody Valentine, Slowdive) zamieniły gitary w bezkształtne, wirujące chmury hałasu i pogłosu. Post-rockowi giganci (Godspeed You! Black Emperor, Sigur Rós) budują swoje utwory jak katedry – cegła po cegle, warstwa po warstwie, aż do euforycznego punktu kulminacyjnego.
Współcześnie pałeczkę przejęła elektronika i psychodela. Boards of Canada i Aphex Twin tkają swoje utwory z cyfrowych artefaktów i analogowego szumu, a Tame Impala czy Bon Iver pokazują, jak brzmi nowoczesna, wielowarstwowa melancholia.
To playlista dla poszukiwaczy. Nie słuchaj jej „w tle”. Zamknij oczy i spróbuj oddzielić poszczególne nitki tego gobelinu.