Nazywam to witaminą M. Nie znajdziesz jej w aptece, nie przepisze lekarz, nie kupisz w sklepie ze zdrową żywnością.
A jednak bez niej chorujemy – na samotność, na pustkę, na niemożność powiedzenia tego, czego słowa nie potrafią unieść. Witamina M to muzyka. I jak każda prawdziwa witamina, działa tylko wtedy, gdy regularnie dostarczamy jej organizmowi duszy.
Poznałem ją wcześnie, jeszcze przed tym, jak nauczyłem się nazywać uczucia. Pamiętam matczyne kołysanki – pierwsze dźwięki, które mówiły mi: jesteś bezpieczny, jesteś kochany, śpij spokojnie. Potem przyszły inne melodie, inne stany. Muzyka rosła ze mną jak drugi szkielet – niewidzialny, ale podtrzymujący całą konstrukcję tego, kim jestem.
Bo muzyka to jedyny język mówiący bezpośrednio do ciała omijając cenzurę rozumu. Słowa kłamią, obrazy oszukują, ale dźwięk wchodzi prosto do układu limbicznego, do hipokampu, do miejsc, gdzie przechowujemy wspomnienia, emocje, traumy, radości. Muzyka nie pyta o pozwolenie – ona po prostu jest, i zmienia cię samym brzmieniem.
Naukowcy mówią o neuroplastyczności – mózg zmienia się pod wpływem doznań. Muzycy wiedzieli to od tysięcy lat. Każda piosenka to ćwiczenie, każdy koncert to trening, każda playlista to terapia. Witamina M nie leczy wszystkiego. Ale bez niej chorujemy na chorobę, której medycyna nie ma w katalogach: brak znaczenia, brak piękna, brak chwil, gdy zatrzymuje się czas i czujesz – tak, tu i teraz, jestem żywy.
Dlatego tworzymy playlisty. Dlatego chodzimy na koncerty. Dlatego słuchamy tych samych piosenek setki razy, aż słowa tracą sens, ale emocja zostaje. Dlatego muzyka jest ostatnią rzeczą, którą pacjenci Alzheimera tracą – bo ona nie mieszka w pamięci słów, ale głębiej, tam gdzie jesteśmy sobą mimo choroby, pomimo czasu, wbrew zapomnieniu.
Nie ma przedawkowania. Nie ma skutków ubocznych poza tym, że życie staje się znośniejsze, piękniejsze, bardziej ludzkie.
Muzyka nie rozwiąże problemów. Ale przetrwasz je lepiej z soundtrackiem.
To jedyna witamina, której niedobór czujesz sercem, nie ciałem.
I jedyna, której przedawkowanie jest niemożliwe.
Bo potrzebujemy jej tyle, ile życie daje trudnych chwil.
A to znaczy: codziennie.
Zawsze.
Do końca.
Dla wszystkich, którzy leczą się muzyką zamiast tabletek. Dla tych, co wiedzą: pierwsza piosenka rano to nie przesąd – to przetrwanie.