Tag #Lo-Fi to dowód na to, że techniczna perfekcja jest przereklamowana. Tutaj „błąd” staje się środkiem wyrazu, a szum taśmy magnetycznej jest dodatkowym instrumentem. Od surowych bitów J Dilla i Nujabesa, przez rozmyte syntezatory Chillwave’u, aż po gitarowe ballady Maca DeMarco nagrane w sypialni. Playlista, która brzmi jak Twoje ulubione, wyblakłe zdjęcie z wakacji.
W świecie, w którym producenci dążą do krystalicznej czystości dźwięku (Hi-Fi), #Lo-Fi (Low Fidelity) idzie pod prąd. To świadomy wybór artystyczny, który celebruje brud, szorstkość i autentyczność. Zamiast sterylnego studia – magnetofon kasetowy. Zamiast idealnej kwantyzacji – luźny, „pływający” rytm.
Podróż zaczynamy od legendarnych beatmakerów. J Dilla i Nujabes pokazali światu, że sampler może mieć duszę. Ich pętle są pełne trzasków z winylowych płyt, a bębny celowo „kuleją”, tworząc niepowtarzalny, ludzki groove. To fundament dzisiejszego fenomenu „lo-fi beats to study/relax to”.
Ale Lo-Fi to nie tylko hip-hop. To także estetyka Chillwave’u i Glo-Fi (Washed Out, Toro y Moi), gdzie dźwięk jest przefiltrowany przez nostalgię za latami 80., brzmiąc jak zacinająca się kaseta w starym walkmanie.
Współcześnie ten duch „zrób to sam” (DIY) przejął Bedroom Pop. Artyści tacy jak Mac DeMarco, Clairo czy Boy Pablo udowadniają, że do stworzenia światowego hitu nie potrzeba wielkiej wytwórni. Wystarczy laptop, tania gitara i szczerość. Ich muzyka jest intymna, bezpośrednia i pozbawiona barier.
To playlista, która nie wymaga od Ciebie skupienia. Ona ma Ci towarzyszyć. Jest jak ciepły koc w deszczowy dzień – niedoskonała, ale niezwykle przytulna.