Witaj w dekadzie, w której flanelowe koszule walczyły z błyszczącymi crop topami, a gitary distortion
dudniły obok boom bap i syntezatorowych pętli.
To czas, gdy bunt z Seattle zderzył się z euforią parkietów i ulicznym storytellingiem – lata 90. były albo bardzo głośne,
albo bardzo intymne. Wsiadaj, bo jedziemy na pełnej petardzie.
Lata 90. to ostatnia dekada, w której muzyka naprawdę zmieniała świat – i to na kilka różnych sposobów jednocześnie. MTV wciąż dyktowało trendy, ale nagle playlisty pękały w szwach od kontrastów: z jednej strony grunge i alternative przyniosły surowość, autentyczność i gitarowy gniew, z drugiej – eksplozja hip-hopu z Zachodniego i Wschodniego Wybrzeża, która uczyniła rap globalnym językiem ulicy.
Grunge (Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden, Alice in Chains) zabił hair metal i pokazał, że rock może być szczery do bólu. Britpop (Oasis, Blur, Pulp, Suede) dał Wielkiej Brytanii odpowiedź – stadionowe hymny z cynizmem i klasą robotniczą w kieszeni. Hip-hop wszedł w swój złoty wiek: od g-funku Dre i Snoopa, przez poetycki storytelling Nas i Biggiego, po świadome bity Wu-Tang i A Tribe Called Quest.
Równolegle wybuchła rewolucja teen popu i R&B – Britney, Backstreet Boys, Spice Girls, TLC, Aaliyah i Destiny’s Child zdefiniowały nowy, seksowny i pewny siebie mainstream. Do tego elektronika (Prodigy, Chemical Brothers, Daft Punk, Fatboy Slim) zapowiadała rave’ową przyszłość, a alternatywa (Radiohead, Beck, Smashing Pumpkins, Weezer) mieszała wszystko z ironią i melancholią.
Ta playlista to kapsuła czasu: od flaneli i Doc Martensów, przez dresy i złote łańcuchy, po błyszczące platformy i union jack. Lata 90. to dekada, która nie wybierała – chciała wszystkiego naraz i dostała to w najlepszym możliwym stylu.