Witaj w erze, w której internet dopiero raczkował, ale już zmieniał wszystko. To czas low-rise jeans, flip phones, MySpace top 8 i playlist, które definiowały kim jesteś. Od garażowego rocka The Strokes po emocjonalne hymny
My Chemical Romance, od crunkowego 50 Centa po taneczne hity Lady Gagi
– lata 2000. były głośne, kolorowe, trochę cringe i cholernie szczere.
Zapnij pasy, bo wracamy do czasów, gdy każdy refren był dramatem, a każdy bit – imprezą.
Lata 2000. to dekada wielkiego miksu i przejścia: z fizycznych płyt do cyfrowego pobierania, z MTV do YouTube, z boybandów do solo div i indie buntowników. To ostatnia era, zanim streaming zabił albumy jako całość, a single rządziły światem. Muzyka stała się bardziej osobista, emocjonalna i zróżnicowana – każdy mógł znaleźć swój soundtrack.
Otwieramy indie & alternative rock revivalem – The Strokes, Arctic Monkeys, The Killers, Franz Ferdinand, Yeah Yeah Yeahs – garażowy brud i taneczne riffy przywróciły rockowi cool. Emo i pop-punk eksplodowały: My Chemical Romance, Fall Out Boy, Panic! at the Disco, Paramore – czarne eyelinery, dramatyczne teksty i refreny, przy których łzy same leciały.
Hip-hop i R&B weszły na wyższy poziom produkcji: 50 Cent i crunk, OutKast z „Hey Ya!”, Kanye przed Kanye, Eminem w peak formie, Beyoncé i Usher z tanecznymi killerami. Pop stał się globalny i szalony – Rihanna, Lady Gaga, Katy Perry, Nelly Furtado, Amy Winehouse – mieszanka R&B, dance i osobowości większej niż życie.
Elektronika ewoluowała: Daft Punk, Justice, LCD Soundsystem, MGMT – od french house po indie dance i feel-good psychedelii. Rock pozostał mocny: Coldplay z pianinowymi hymnami, Linkin Park z nu-metalowym gniewem, Foo Fighters, System of a Down – od melancholii po agresję.