BWV 23
Du wahrer Gott und Davids Sohn
Synu Dawida prawdziwy Boże
BWV 23 – kantata na niedzielę pięćdziesiątnicy w tonacji c-moll skomponowana, opracowana na głosy sopran, alt, tenor i bas oraz zespół wokalny z instrumentami obój I=II, fagot, smyczki i continuo.
Prapremiera: Lipsk, 7 lutego 1723 roku.
W opracowaniach posługuję się materiałami pochodzącymi z serwisu Kantaty Jana Sebastiana Bacha Po Polsku. Zapraszam do kategorii, którą obecnie będę rozwijał do wypełnienia kompletnej listy 200 opracowań Kantat kościelnych Jana Sebastiana Bacha wykorzystując audycje nagrane w II programie Polskiego Radia prof. Mirosława Perza.
Materiały źródłowe użyte w tym opracowaniu pochodzą z Bachipedia.org oraz książki Tłumaczenia Kantat Jana Sebastiana Bacha Armina i Andrzeja Teske.
Synu dawida prawdziwy boże
Kantata BWV 23 Synu Dawida prawdziwy Boże sprawiła że odleciałem w przeszłość do czasu pierwszego jej wykonania przez czasoprzestrzenny przesmyk gdzie zasiadłem w ławkach świątyni Św. Tomasza gdzie wykonanie prowadził sam Bach,
a po skończonej mszy…
Wyszedłem z kościoła, a w moich uszach wciąż rozbrzmiewa szalony wir dźwięków, jakby całe niebo zeszło na ziemię i zawładnęło moim zmysłem słuchu. Jeszcze czuję na języku smak kadzidła, a w nozdrzach unosi się ciężka woń stopionego wosku.
Ludzie wokół mnie mrugają w świetle zimowego słońca, które wpada przez witraże – wyglądają na równie oszołomionych.
Nie dziwię się, bo Bach właśnie wyrzucił nasze serca w powietrze i pozwolił im przez chwilę poszybować w nieziemskie rejony.
Du wahrer Gott und Davids Sohn
Gdy usłyszałem pierwsze frazy Du wahrer Gott und Davids Sohn, poczułem się tak, jakby ktoś wyrwał mnie z przyziemnej egzystencji i wsadził do wehikułu czasu, w którym lecę gdzieś pomiędzy Jerozolimą a Lipskiem, mijając starotestamentowych proroków i niemieckich kantorów w jednym, metafizycznym ciągu.
Ten utwór to coś więcej niż muzyka – to jest sakrament, który Bach podaje nam w postaci dźwięków. Orkiestra i chór przenikają się jak mgła w górach o świcie; każda nuta, każdy głos narasta, by po chwili opaść i ustąpić miejsca kolejnej fali harmonii.
Czułem, jakby ktoś przeszywał mnie włócznią liryzmu – najpierw delikatnie, a potem bez litości. Struny instrumentów smyczkowych, rozpięte między codziennością a wiecznością, wibrują i drżą, jakby chciały przywołać wszystkie emocje, jakie kiedykolwiek człowiek nosił w sobie. Wysokie rejestry sopranów porywają duszę, a mocne wejście basu przypomina, że wciąż mam ciało i żyję tu, na tej ziemi.
Zaciskam dłonie na ławkach, bo zapach drewna i starych modlitewników daje mi jakikolwiek punkt odniesienia – inaczej odleciałbym wraz z tymi wszystkimi aniołami, które Bach poupychał między nutami.
W „Synu Dawida, prawdziwy Boże” słychać nie tylko modlitwę, ale i jakiś rodzaj muzycznego buntu. Bo jak inaczej nazwać fakt, że w barokowych pasażach Bach potrafi w jednym takcie zawrzeć zarówno boskość, jak i człowieczeństwo?
Jedno spojrzenie na twarze śpiewaków i muzyków wystarczyło, by zobaczyć pasję i skupienie – jakby w tym krótkim momencie zrozumieli cały sens istnienia, a jednocześnie z trudem walczyli z niewidzialną siłą, która chciała ich porwać w zupełnie inny wymiar.
Teraz stoję przed świątynią i próbuję pozbierać myśli. Mroźny wiatr uderza w policzki, ale wewnątrz jestem rozgrzany. Jestem pewien, że to Bach spłynął na mnie niczym potok łaski, wyciągając z głębi serca najskrytsze pragnienia, tęsknoty i marzenia.
To, co właśnie przeżyłem, jest niemożliwe do opisania zwykłymi słowami. Może jedynie określenie „boska ekstaza” odrobinę zbliża się do prawdy. A jednak wciąż czuję niedosyt – bo kiedy muzyka ucichła, miałem wrażenie, że ktoś odebrał mi dostęp do najbardziej intymnej rozmowy z Nieskończonością.
Mam ochotę wrócić, poprosić organistę, żeby powtórzył choć fragment, cokolwiek, byleby przedłużyć ten stan. Ale tak to już jest z arcydziełami: dają nam przedsmak nieba, a potem znikają, pozostawiając głód piękna i tęsknotę za czymś, czego nie potrafimy do końca nazwać.
I chyba w tym cały sens: Bach w Du wahrer Gott und Davids Sohn przenosi nas na moment do świata, w którym każda nuta jest modlitwą, a każda sekunda to wieczność. Teraz tylko muszę znaleźć sposób, by zachować w sobie choć cząstkę tego uniesienia.
Bo w przeciwnym razie zwykła szarość życia może przygnieść mnie jak ciężka chmura. A ja już wiem, że gdzieś tam, ponad nią, unosi się Bachowski chór i woła: „Nie bój się, Syn Dawida jest z Tobą”.
No i się obudziłem 😊 Jestem tu i teraz. Poznajmy zatem co do powiedzenia mają obecni badacze dzieł Bacha do powiedzenia o tej wyjątkowej kantacie.
Chcesz więcej?
-
1Dodatkowy wykład na temat kantaty
-
2Broszura kantaty z tłumaczeniem
-
3Materiał wideo eXtra
Wybierz plan darmowy lub premium jeśłi uznasz że warto mnie wesprzeć.
Powered By EmbedPress
Synu Dawida prawdziwy Boże
wykład refleksyjny
Konrad Hummler
"Śmierć Boga jest narodzeniem wolnej, odpowiedzialnej za siebie istoty ludzkiej"
To, za czym przez 2000 lat tęskniliśmy za zinstytucjonalizowanym chrześcijaństwem.
W domu moich rodziców leżała Biblia dla dzieci, dużego formatu, gruba, ze złotymi literami i błyszczącą czarną laminowaną lnianą okładką, ilustrowana obrazkami, które rekompensowały brak koloru – musiały to być staloryty lub ryciny – dramatyzmem i namacalną fizycznością.
Z tej książki, która była zarówno pociągająca, jak i przerażająca, starsza siostra musiała czytać młodszemu bratu, gdy rodziców nie było wieczorem w domu, co nierzadko się zdarzało z powodu działalności politycznej ojca.
Moja ulubiona lektura dotyczyła 1 rozdziału Ewangelii Mateusza, wersetów 2-16: "Abraham zrodził Izaaka, Izaak zrodził Jakuba, Jakub zrodził Judę i jego braci, Judasz zrodził Pereza, a Zerach z Tamar (…)" i tak dalej.
W owym czasie nie wiedziałam, co oznacza owo wielokrotnie używane słowo "spłodzić", ale wydało mi się to w jakiś sposób ekscytujące, zwłaszcza, że moja siostra nie chciała mi tego wytłumaczyć nawet po moich natarczywych pytaniach i nawet po szeroko zakrojonych badaniach nie można było znaleźć odpowiadającej mu ilustracji.
Z talentem kombinatorycznym, który jest dostępny dla każdego małego chłopca w tych sprawach, szybko zdałem sobie sprawę, że chodzi o pochodzenie, o ojcostwo, o pochodzenie, a także zdałem sobie sprawę, że ta próba udowodnienia nieprzerwanej sukcesji rodzinnej utknęła w martwym punkcie dokładnie w decydującym momencie,
a mianowicie w przypadku Józefa w wersecie 16, a nawet bardziej: w oczywistej sprzeczności z historią Bożego Narodzenia z cudownym odwiedzinami anioła u Matki Boskiej.
Położyło to kamień węgielny pod takie rozumienie religii, które nie czerpie swoich pewników z podważalnych lub sprzecznych quasi-faktów. Nie mogę nic zrobić z Bogiem, którego istnienie i natura zależą od drogi, jaką plemniki mogły przebyć lub nie z aparatów prokreacji synów pustyni do łona ich mniej lub bardziej legalnych żon.
"Syn Dawida" pozostawia mnie zimnym, a może nawet bardziej precyzyjnym: budzi we mnie opór, ponieważ kryje się za nim całkowicie etniczne i patriarchalne rozumienie Boga, które w rzeczywistości gnębi nas, gdy czytamy cały Stary Testament.
Rozumienie Boga, które nie obejmuje, ale raczej systematycznie wyklucza.
Cóż mam począć z Bogiem, który odrzuca Kaina, który stawia Ezawa w niekorzystnej sytuacji, który wysyła Ismaela na pustynię, który pozwala na to, by Kananejczykowie, Hetyci, Amoryci, Peryzzyci, Chiwwici i Jebusyci byli pozbawieni ziemi ich przodków, który pozwala Filistynom zwyciężać lub przegrywać, w zależności od zapału Izraelitów do "swojego" Boga?
Kogo pytają nawet najbardziej poruszające teksty, jak Psalm 139: «Czyż nie powinienem nienawidzić, Panie, tych, którzy Cię nienawidzą, / Czyż nie powinienem się brzydzić tymi, którzy buntują się przeciwko Tobie? / Nienawidzę ich zaciekłą nienawiścią, / Stali się też moimi wrogami".
Każdy, kto oprócz tych wszystkich wprawdzie zawsze zachwycających opowieści ze szkółki niedzielnej o Sarze, Rebece, Jonaszu i Samuelu, rzuca okiem na całą resztę Starego Testamentu, jest wdzięczny, że ta pierwsza część Biblii nie pozostała i cieszy się, że sprawa pochodzenia syna Dawida pozostała tak niejasna.
Nie jest to jednak historia zbawienia, która jest nam przedstawiona w Starym Testamencie, ale ciąg niekończących się trudności i cierpień.
Niemal nieustanną krwawą łaźnię tłumaczy się jednoprzyczynowo powtarzającym się odwracaniem się ludu Izraela od ich jedynego Boga, którego miłość do swego ludu polega na ponownym związaniu go ze sobą poprzez jawne kary.
Na samym początku tragedii, poza bardzo małą resztką, która miała uratować gatunek, każe go żałośnie utopić, a wraz z nim wszystkie niewinne żywe istoty, które nie znalazły miejsca w arce boskiego działania pro specierara.
Niebezpieczeństwo ze strony Boga
Wszechmogącego Jeśli powiemy sobie z ulgą, że to nie jest i nie może być naszą religijnością, to jednocześnie musimy wziąć pod uwagę, że prawie żadna religia nie wyszła poza ten właśnie obraz Boga: człowieka, który ma podobać się "swojemu" Bogu poprzez swoje dzieła. jego działania, czyny i zaniechania.
Bóg, który w swojej "wszechmocy" – termin "wszechmoc" pojawia się w tekście kantaty dwukrotnie i dobitnie – w taki sposób ingeruje w dzieje człowieka, co więcej, pozwala na to, by ingerowano w niego samego.
Zarówno idea, że naród, na mocy swojej mitycznej przeszłości, ma prawo wypierać inny lud poprzez agresywne osadnictwo, jak i złudzenie, że wola Boga urzeczywistnia się w ostatecznej formie intensyfikacji poprzez detonację pasów dynamitu umieszczonych wokół własnego ciała, wywodzą się z idei opowiedzenia się po którejś ze stron w pewnych ludzkich celach.
Chrześcijaństwo, które zostało wzbogacone przez Nowy Testament, musi być również włączone w tę fundamentalną krytykę syjonizmu i islamizmu. Niemal od początku swojego istnienia przyczyniała się do krwawego biegu historii świata w nieobliczalnie różnorodnej sekwencji wojen, prześladowań, tortur i paleń.
Zawsze oczywiście w imię Boga Wszechmogącego, o którego miłosierną pomoc domagały się w większości wszystkie walczące strony jednocześnie. W istocie, praktyczne chrześcijaństwo podjęło krwawy szlak Starego Testamentu i poszerzyło go w drogę trudów i mąk przez historię świata i na całym świecie.
To, co według wskazań Kazania na Górze miało sprowadzić na surowy świat miłość przyjaciół i nieprzyjaciół, nie potrafiło nawet stworzyć równowagi między caritas a przemocą.
Wszechmoc Boga, cóż za problematyczna idea! Nie tylko w tym sensie, że ta super-hipermoc uaktywnia się poprzez działania i zaniechania istot ludzkich, ale także i przede wszystkim w tym sensie, że bieg świata powinien ostatecznie zależeć od niej, a nawet odpowiadać woli Wszechmogącego.
Wtedy wolą Bożą byłoby, aby Hitler doszedł do władzy, aby żadna z prób zamachu na niego nie powiodła się, aby na jego rozkaz miliony Żydów, w tym niewinne dzieci, zostały potraktowane jak robactwo i zniszczone.
Wtedy byłoby to zgodne z boskim planem, że Stalin, nie skrępowany przez swoich alianckich przyjaciół, mógłby kontynuować dzieło eksterminacji Hitlera we własnym kraju. Mao Zedong, jako narzędzie Najwyższego Ojca, z okazji rewolucji kulturalnej poprowadziłby na śmierć siedem milionów swoich chińskich towarzyszy.
To samo można powiedzieć o Pol Pocie w Kambodży. Wszechmogący Bóg, który nie interweniuje w obliczu tak rażących, bezsensownych aktów przemocy – czy naprawdę chcemy uznać Go za najwyższy autorytet?
Fikcja Bożej interwencji w historię świata i w mikrokosmos codziennego współistnienia, w najmniejszą sferę naszego życia – do której odnoszą się modlitwy odrazy – jest rzeczywiście bardzo problematyczna.
W ostatecznym rozrachunku zwalnia to istotę ludzką z wszelkiej współodpowiedzialności lub pierwotnej odpowiedzialności, ostatecznie usprawiedliwia każdy większy lub mniejszy bałagan, a zatem jest niemoralne pod każdym względem.
"Wszystkie oczy na ciebie czekają". Na kogo więc powinniśmy czekać? Z pewnością nie dla stronniczego, rozgniewanego, kochającego Boga określonego ludu pustynnego, ani dla potomka z łona Dawida.
Nie dla wszechmocnego władcy świata, który wobec całego zła, które wycierpiał i jeszcze będzie cierpiał, musiał być bardzo krwiożerczym Bogiem. Ale na kogo w takim razie czekamy? Wątpiąc i rozpaczając, musielibyśmy albo zrezygnować z nihilizmu, albo zbudować radykalnie inne oczekiwania i nadzieję.
Ewangelia jako wyzwolenie
które mamy stać się dostrzegać, jest kwintesencją przypowieści według Łukasza 18. Być może powinniśmy po prostu przyjrzeć się trochę lepiej i spróbować zrozumieć.
Mianowicie, o czym w istocie jest Nowy Testament: o śmierci Jezusa, o tym haniebnym i bezradnym końcu Syna Bożego oraz o rażącym braku interwencji wszechmocnego władcy świata.
Wraz z egzekucją Jezusa i faktem, że "grzmoty i błyskawice zniknęły w chmurach", umiera nie tylko cudowny uzdrowiciel i wybitny wędrowny kaznodzieja, ale wraz z nim umiera Bóg jako interweniujący i wszechmocny władca świata, umiera idea częściowego i rzekomo wszech kontrolującego Boga.
Judasz zdaje sobie sprawę ze swojej odpowiedzialności i wiesza się. Był pierwszym, który zrozumiał rewolucyjne znaczenie Ewangelii. Z syna Dawida i prawdziwego Boga nie pozostało nic prócz zwłok, opłakiwanych przez kilka niezłomnych kobiet.
Tak więc Bóg byłby martwy. Tak, On jest martwy, ten interweniujący Bóg, który nagradza i karze człowieka; nie żyje Bóg, dla którego mają być prowadzone wojny i samobójcze zamachy bombowe; On jest umarły, Bóg, w imię którego ludzie i narody mogą podporządkowywać sobie innych.
Niech będzie przeklęty ten, kto w ten sposób ukazuje się w imię Pańskie! To jest Ewangelia: wielkie wyzwolenie człowieka spod jarzma wszechmocnego interweniującego, wyzwolenie człowieka od bliźnich, którzy przypisują sobie Boże powołanie:
Ewangelia jest wyzwoleniem – ze wszystkimi jego konsekwencjami. Tam, gdzie nie interweniuje żaden myśliciel świata, pozwala się rządzić przypadkowi. Tam, gdzie opatrzność nie ma znaczenia, szczęście i nieszczęście mogą uderzyć w "dobre" lub "złe".
A człowiek może, a nawet musi, odnaleźć się w tej ziemskiej egzystencji, charakteryzującej się czystą niepewnością, ze wszystkimi możliwościami i narzędziami, jakimi dysponuje. To, co robi, czy nie robi, jest bardzo istotne. Człowiek jest odpowiedzialny pod każdym względem.
Ale cóż więc pozostaje z Wszechmocnego? Na co mają czekać wszystkie oczy? Czy w ogóle coś zostało? To znaczy: tak! To, co pozostaje, to dokładnie wszystko, co wymyka się temu, co namacalne, to, co faktyczne.
Nazywamy to wiarą. Jest to więc ziarnko gorczycy, do którego Bóg rozmyślnie się sprowadza przez śmierć na krzyżu. Ledwo widoczna, wyczuwalna moc, która jednak w pewnych okolicznościach osiąga zadziwiający wzrost i silne kwitnienie.
Wiara jest poza kontrolą, reguły, interwencja, korekta; Wiara stoi ponad historią, która jest przecież tylko splotem faktów, które wydarzyły się przypadkowo, faktów, które zostały niedbale dopuszczone lub świadomie chciane.
W historii chodzi przede wszystkim o władzę. Człowiek może sprawować władzę. Władza, w swojej ostatecznej formie, oznacza zabijanie. Człowiek może zabijać i robi to regularnie. Wiara natomiast polega na przezwyciężeniu śmierci i w tym właśnie możemy ją nazwać «wszechmocną»: poza wszelką ludzką mocą, w tym, co niepojęte wielkie i wieczne.
Ewangelia obiecuje nam, że ta niepojęcie wielka i wieczna władza jest łaskawą, miłosierną władzą, która wszystko osądza, to znaczy naprawia to, czego nie mogliśmy lub nie chcieliśmy zrobić właściwie.
Jeśli wiara i fakty wzajemnie się wykluczają, to nie jesteśmy pozostawieni sami sobie w naszej odpowiedzialności za świat, który musi funkcjonować bez bezpośredniego działania i interwencji wyższej władzy w naszym, często dość nędznym, pracochłonnym, smutnym przejściu przez nasze życie na tej ziemi bez transcendentalnej obecności.
Pod warunkiem, że w to wierzymy lub jesteśmy wyposażeni w niezbędne transcendentalne anteny, mamy do dyspozycji przeczucia i znaki.
Amplituda i częstotliwości mogą być bardzo indywidualne, a gotowość do odbioru może również zależeć od nastroju, ale ogólnie rzecz biorąc, Boża obecność jest w każdym przypadku bardzo osobista natury.
Przychodzą mi na myśl intuicje boskich
Trzech Przeczuć, które sprawiają, że jestem gotów zrozumieć, co to może oznaczać, gdy "jesteśmy sądzeni, to znaczy, gdy naprawiamy to, czego sami nie mogliśmy lub nie chcieliśmy zrobić właściwie".
Pierwsze przeczucie pojawia się, gdy po kulminacyjnym wysiłku związanym z górską wycieczką spoglądam ponad szczytami i dolinami w bezkresne głębiny w ciepłym słońcu wczesnego popołudnia i odczuwam zgodność ciała, ducha, natury i nieba, która nigdy, przenigdy nie może być czysto materialnego pochodzenia.
To jest ten moment, w którym chciałoby się radować, gdyby tylko możno, a to uniesienie byłoby najszczerzą, bo pozbawioną słów, modlitwą dziękczynną do Stwórcy, który składa u stóp takiego nadmiaru piękna i harmonii estetycznej.
Drugie przeczucie pojawia się, gdy nagle i zupełnie niezasłużenie doświadczam tego, co tak nieporównywalnie trafnie opisuje tak zwana Pieśń nad Pieśniami, tj. w 1 Liście Pawła do Koryntian, rozdział 13, wersety 4-7:
Wielkoduszność tam, gdzie zasługiwałbym na niecierpliwość, przebaczenie tam, gdzie powinienem był spodziewać się zemsty lub kary, hojność tam, gdzie w rzeczywistości zaprogramowane byłoby liczenie fasoli – albo jeszcze lepiej: kiedy znajduję się zmuszony do takiego niewyrachowanego działania wbrew wszelkiej powierzchownej racjonalności.
Dla mnie miłość akomodacyjna lub praktykowana jest doświadczeniem, które regularnie przekracza ludzkie wymiary, łaską przeczucia jeszcze bardziej wszechstronnego, ostatecznego miłosierdzia.
Tak, a trzecie przeczucie przychodzi mi naturalnie wraz z muzyką. Mianowicie, gdy napięta umowa między kompozycją a wykonawcami prowadzi do owego elektryzującego nastroju, w którym wierzy się, że wystarczy iskra, by sala koncertowa – lub kościół – wibrowała, drżała, eksplodowała.
Potem, kiedy publiczność oddycha tym samym rytmem co muzycy, kiedy chce śpiewać, bawić się, tańczyć, wtedy, kiedy tzw. groove tworzy muzyczną metasferę, której nikt na świecie nie potrafi wytłumaczyć, której można tylko doświadczyć.
Znaki? Zostały nam one dane przez Ewangelię. Woda chrzcielna oraz chleb i wino z Wieczerzy Pańskiej. Żadnego węża na słupach, żadnych płonących krzewów, żadnych gapiących się i martwych oczu proroka, żadnych wielorękich, drżących postaci.
Żadnych flag narodowych z haczykami i innymi krzyżami, ani żadnych z gwiazdami jakiegokolwiek koloru, żadnych ideologicznych pism i traktatów, żadnych konstelacji ciał niebieskich, żadnego świtu ani wschodzącego lub zachodzącego słońca.
Nic z tych rzeczy, tylko woda, chleb i wino, innymi słowy, to, czego potrzebujemy każdego dnia, kiedy się myjemy, kiedy jemy i kiedy chcemy się przyzwoicie napić. Zredukowanie znaków do najniższego możliwego poziomu dóbr codziennego użytku jest odbiciem zredukowania tego, co boskie, do ziarnka gorczycy wiary.
Wiara byłaby wówczas, że tak powiem, zawsze dostępnym «podstawowym pokarmem», dostępnym bez specjalnych ćwiczeń duchowych, bez specjalnych zezwoleń i patentów, bez kluczy Piotrowych i bez dowodu szczególnie cnotliwego stylu życia.
Dzięki temu wołanie o «chleb powszedni» w świecie odpowiedzialnym za człowieka nabrałoby na nowo znaczenia.
Tego rodzaju Ewangelia mogła stać się religią uniwersalną ponad wszystkie inne religie, ponieważ jest to uogólnienie tematu, które nie musi walczyć z innymi religiami, ale czyni z nich szczególne przypadki znacznie ogólniejszej koncepcji Boga – tak jak teoria względności Einsteina nie musiała uznawać doktryny grawitacji Newtona za fałszywą.
Nie jest to jednak regułą, lecz jedynie sprowokował ją do rangi szczególnego przypadku. Wszelki istotny postęp duchowy ludzkości nie opiera się na fałszowaniu tego, co było wcześniej, ale ustanawia nową, bardziej ogólnie obowiązującą zasadę, w której stare idee stają się szczególnymi przypadkami.
Chrześcijaństwo miałoby szansę uczynić z Ewangelii względność tego, co religijne. Zredukowanie boskości do tego, co niemożliwe do udowodnienia, do tego, co zaledwie wiarygodne, do maleńkiego ziarnka gorczycy, wyniesienie boskości poza ludzką historię świata do królestwa prawdziwie wszechmocnego, zmartwychwstanie i ostateczne miłosierdzie, czyli wyzwolenie człowieka do odpowiedzialności za wszystko, co robi lub czego nie robi – to byłaby prawdziwa rewolucja.
Wiemy, że wyszło inaczej. Chrześcijaństwo szybko się zinstytucjonalizowało i w ten sposób zdradziło Ewangelię na pastwę władzy i śmierci.
Co gorsza, dawało to pseudo-legitymizację instytucjom i ich agentom, pozwalając im powoływać się na "Wszechmogącego" w taki czy inny sposób.
To założenie nie jest w żaden sposób lepsze od założenia zamachowca-samobójcy, który zabija niewinnych ludzi. Jest to to samo założenie, że człowiekowi wolno rozporządzać "Wszechmogącym". Właściwie pojęta wszechmoc i zmartwychwstanie są bardzo odległe, dlatego musimy nadal prosić Baranka Bożego o miłosierdzie.
W naszych rękach leży położenie kresu 2000 lat błędnej historii ludzkości. Mielibyśmy w swoich rękach to, aby pokaz siły i zabijanie w imię wyższej władzy stały się bezpodstawnym pojęciem.
Mielibyśmy to w naszych rękach, aby przyjąć ewangelię, która byłaby zgodna z oświeceniem, teorią ewolucji i najnowszymi odkryciami neurologicznymi. A potem, owszem, w końcu zbliżylibyśmy Agnus Dei do tego, czego wszyscy tak pilnie potrzebujemy: Dona nobis pacem.
OBDARZ NAS POKOJEM ❤️❤️❤️
Dziękuję Ci za to serdecznie!
Mam nadzieję, że treści które czytasz przynoszą Ci tyle korzyści co mi przyjemność ich tworzenia.
sekcja o instrumentach rzadkich
sekcja o instrumentach symfonicznych
Zapraszam też do treści moich wpisów blogowych
Witamina D3 plus GORZKA CZEKOLADA
Czajkowski Koncert na skrzypce i orkiestrę
Chopin La Ci Darem La Mano
Bach Kantaty i Ja
Vesperae solennes de confessore KV 339 Mozarta
Dido i Eneasz
Wojna Światów Barok vs Klasyka